Przejdź do treści głównej

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu – Recencja

Na wstępnie przyznam, że bardzo czekałem na drugą część Czarnej Pantery, jeszcze, nawet gdy żył Chadwik Boseman. Jednak on sam nie doczekał się realizacji drugiej części, co jest smutne. Nowa odsłona Czarnej Pantery musiała się zmierzyć z tym faktem, ponieważ nie da się, ot tak, zmienić aktora. Szczególnie takiego, który porwał swoją aurą tłumy ludzi.

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu miała być hołdem do Króla T’Challa. Muszę przyznać, że wyszło to tak sobie. Spodziewałem się zupełnie innej narracji, bardziej jak w Wojnie bez granic, po wygranej Thanosa nad Avengersami. Tam rzeczywiście było widać i czuć smutek bohaterów. Wakanda w moim sercu stara się być politycznie poprawna i całość skupia się na Matce obecnej królowej Ramnodzie (Angela Bassett) oraz Shuri (Letitia Wright), a w to wszystko zastają wplecione nowe postacie jak Ironheart i Namor.

Z przykrością stwierdzam, że Letitia Wright nie pociągnęła swoją osobą Czarnej Pantery. Mimo że po pierwszej części uważałem, że ma bardzo duży potencjał. To tutaj jej talent nie zabłysł nic a nic. W scenach, gdzie pojawia się nowa postać Ironheart (Dominique Thorne) wraz z Shuri, to ta pierwsza świeci na ekranie i kradnie całe show. Ale do Ironheart jeszcze wrócimy.

Mam wrażenie, że Marvel nie wiedział, jak to wszystko poukładać w tym filmie i panuje tutaj jakiś dziwny chaos. Nowe postacie, pogrzeby, nowa rasa wraz z origin story – wszystko to sprawia, iż jest jeden wielki miszmasz.

Dodatkowo, można zarzucić całemu studiu, dlaczego tak potężna postać, jak Namor, nie brała udziału w walce z Thanosem? Jeśli tłumaczeniem jest chęć ukrycia się to jest to słabe tłumaczenie, w końcu Namor przedkłada wszystko nad ochronę swojego plemienia.

Wróćmy do Ironheart – młodej studentki o geniuszu większym niż Shuri, a porównywalnym do Starka. Idealna postać na serial, aby ją lepiej pokazać. Patrząc jak Marvel wpakował dolary na pokazanie She Hulk, to nóż się w kieszeni otwiera, że nie padło na ekranizację Ironheart, która po starcie Iron man’a idealnie mogłaby dziedziczyć jego schedę. Serial jest planowany dopiero na jesień 2023.

Nowe plemię zamieszkuje ocean całkiem blisko Wakandy, a samo miasto zwie się Tlalocan i jest wzorowane na wierzeniach Azteków. Kostiumologia również opiera na Aztekach. Trzeba tutaj zwrócić uwagę, że to nie jest mityczna Atlantyda, jak snuto przypuszczenia.

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu oczywiście i tym razem nie uniknęła słabego CGI w samej Wakandzie. Co ewidentnie widać na scenach pogrzebu i miasta. Takie rzeczy z green screena można było dopracować. Podwodne miasto Tlalocan jest ciemne, niezbyt okazałe. Niebieski kolor skóry raz jest, a raz nie ma. DC znacznie lepiej sobie poradził w Aquamanie.

Fabularnie jest, jak to bywa w świecie Marvela, niezbyt skomplikowanie. Zaprezentowanie pierwszego mutanta Namora jest przyzwoite. Pożegnanie T’Challa jest słabe. Pamiętacie jak wyglądał pogrzeb Iron Mana, gdzie wszyscy bohaterowie byli obecni? To tutaj tylko mamy obywateli Wakandy. Brakuje mi jakieś przyzwoitej konsekwencji i solidarności superbohaterskiej. Przede wszystkim brakuje tutaj emocji, wszystko jest takie przygaszone, przytłamszone.

Długo się zastanawiałem, jak ocenić Czarną Panterę 2, i doszedłem do wniosku, że trzeba być szczerym wobec siebie, jak i was, widzów. Szału nie ma, po prostu. W tej fazie Marvela jest więcej rozczarowań niż fajnych pozycji, do których nas przyzwyczaiły filmy.

Scena po napisach jest jedna i jest dość szybko zaprezentowana, więc nie ma potrzeby siedzenia do ostatniej literki na ekranie. Przedstawia ona Shuri oraz Nakie. Ta scena wydawała mi się bardzo oczywista, aż za bardzo. Po raz kolejny cała faza nie została nigdzie pchnięta. Wszystko wskazuje na to, że dopiero w 2023 roku Ant-man i Osa: KWANTOMANIA pokaże nam potęgę Kanga Zdobywcy.

Czy polecam wybrać się do kina? Tak, ale bez wielkich oczekiwań.

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu – zwiastun PL

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) – Recenzja

Studio Disney przyzwyczaiło nas do pewnego poziomu swoich rodzinnych, familijnych, przygodowych produkcji. Wyprawa do dżungli pod względem obsady aktorskiej jest lekko nietrafiona. Po seansie ciężko mi określić, do jakiego widza ten film jest skierowany. Do bardzo młodego na pewno nie, bo nic specjalnego dla dzieci tam nie ma. Do starszego? Też raczej nie, bo więcej w filmie fikcji niż realnych faktów.

Odniosłem wrażenie, że Disney zwyczajnie potrzebował czegoś innego na ten moment. Taką zapchajdziurę w swoim kalendarzu premierowym. Jungle Cruise powinien od razu trafić na platformę VOD, a premiera kinowa nie powinna mieć miejsca. Fabularnie jest naprawdę cienko. Lecimy po sznurku bez żadnych spektakularnych zwrotów akcji. W dodatku wymuszane teksty, które miały bawić widownię, są tak zwanymi sucharami. Dwayne Johnson (Frank) jest przeniesiony wprost z Jumanji. Nie ma w tej postaci żadnego powiewu świeżości. Emily Blunt (Lily) za to bardzo przyzwoicie, z przysłowiowym kopem. Jesse Plemons (Prince Joachim), najbardziej irytująca postać w całym filmie, która chyba miała być tą zabawną i zarazem antagonistyczną. Wyszło irytująco i mało śmiesznie. Niemiecki akcent i rozpieszczone zachowanie całkowicie zrujnowało wizerunek, w moich oczach, dla tej postaci. Z każdym wypowiadanym zdaniem miałem ochotę zakończyć seans filmowy.

Fabuła, cóż, w skrócie można opisać tak: charyzmatyczny Frank, który jest kapitanem łodzi, boryka się z finansowymi problemami. Trafia na odważną badaczkę Lily, która przedstawia mu ciekawy plan na dotarcie do drzewa życia, aby zdobyć kwiaty. Na przeszkodzie stanie im Książę Joachim oraz starzy znajomi, których to spętała klątwa na wieki. Więc to taki miszmasz Jumanji i Piratów z Karaibów.

Wizualnie, jak na studio Disneya przystało, jest miło, na poziomie i przyjemnie. Szczególną uwagę przykuwa Proxima, “mały” kotek.

Muzycznie jest spaprane, niestety, i tu mam największy zarzut. Podkład daje orkiestra i było to fajne w przypadku Piratów z Karaibów. Tam muzyka była dobrana perfekcyjnie. Tutaj mamy coś na zasadzie spektaklu teatralnego, gdzie natężenie czy też rozwój akcji nie zgrywa się z tym, co widzimy na ekranie. Kuło mnie to po uszach, jak i psuło odbiór. Brakowało mi w tym wszystkim przekazu o większej amplitudzie emocji, takich z pompą!

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) jest dla mnie w odbiorze bardzo, ale to bardzo przyzwoitym średniakiem. Ponieważ chciano upakować w jeden film kilkanaście dobrze znanych motywów z innych produkcji wyszło nijako. Ani to Piraci z Karaibów, ani Indiana Jones, ani nawet nie Jumanji. To kolejny film z wyprawą do dżungli.
Kina nie polecam, a tym bardziej wypadu całą rodziną, gdyby to ten film Wyprawa do dżungli miałby być główną atrakcja dla dzieci.

Ps. Polecam nie oglądać zwiastunów, jeśli planujecie seans.

Wyprawa do dżungli – zwiastun pl

Aquaman – Efekciarsko, ale nie bez wad!

Seans nie wywołał we mnie efektu WOW, jest efekciarsko wizualnie, ale zbyt dużo było inspiracji innymi tegorocznymi filmami. Każdy, kto jest na bieżąco z cała pewnością dostrzegł, że niektóre sceny są bliźniaczo podobne.

Arthur

Jason Momoa, który wciela się w Arthura robi swoją robote gra luźnego gościa, który został lekko odmieniony na wersje bardziej sympatyczną. Prawie wszystkie postacie spotkane w całym filmie mają wymiar bardziej baśniowy niż superbohaterski.
Księżniczka Mera (Amber Heard), brat Arthura Orm (Patrick Wilson), Atlanna (Nicole Kidman) czy nawet Vulko (Willem Dafoe) zagrali naprawdę dobrze na poziomie.

Armia Orma

Podwodne miasto Atlantyda i jej cuda. Podwodne królestwa i efekty dopracowane do granic możliwości. Wszystko to ładnie się ogląda, jednak fabularnie z minuty na minute jest coraz gorzej z odbiorem.

Czemu uważam, że zabrakło oryginalności otóż, gdy pojawia się Atlantyda pierwsze moje skojarzenie miasto tysiąca planet. Sahara i odnalezienie miasta pustych ludzi sceny wprost z Tomb Raidera. Kiedy to Aquaman mierzy się z Black Mantą, a Mera ucieka dachami goni ją żołnierz, który przebija ściany domów. To kolejna scena wyjęta żywcem z Miasta tysiąca planet. Lokalizacja jądro ziemi nie pamiętam tytułu, ale był film, który również mi się z tym kojarzy, gdy bohaterowie spotykają dinozaury itd. Ośmiornica grająca na bębnach przeciwwagą do mrówki z Ant-Man i Osa. Wiele, ale to wiele jest “zapożyczeń” aby nie powiedzieć bardziej dosadnie klonów z innych filmów.

Miasto Pustynnych Ludzi

Nie jestem w stanie powiedzieć czemu to miało służyć? Jeśli miało to spowodować cieplejszy odbiór DC czy zabawniejszy to wyszło to bardzo średnio. Po tym filmie nie wiem dokąd zmierza całe uniwersum.

Z plusów jak już wspomniałem kilka razy efekty specjalne i cały podwodny świat wraz z podziałem na królestwa. Historia od małego Aquamana do dorosłego życia również na plus. Zasadniczo Jason Momoa to urodzony Aquaman i to bez dwóch zdań. Jego interakcje z wrogami dają dużo frajdy nie tylko jemu, ale również widzowi podczas seansu.

Król Orm

Nowa produkcja z DC UNIWERSUM Aquaman to film średniej fabuły, ale za to piękny wizualnie. Szybko po seansie o nim zapomnimy i nic na to poradzić już się nie da. Postać Aquaman oraz cały świat z nim związany ma duży, ale to duży potencjał. Przede wszystkim postać i nie jest tak wyeksploatowana, jak Superman czy Batman.

Film nie uniknął również kilku logicznych błędów, skórę Aquamena możne zranić tylko specjalna atlancka stal więc czemu w łodzi podwodnej broni się przed pociskami włazem.

Jest tylko jedna scena po napisać i dotyczy ona Czarnej Manty,
który zapewne będzie w kolejnej części. Więc po tej scenie nie ma co czekać do samego samiutkiego końca.

Królestwo Filozofów

Czy polecam kino na to pytanie jest mi bardzo ciężko odpowiedzieć, ponieważ jest ona niejednoznaczna. Efekty wizualne podpowiadają mi, aby Ci polecić film, żebyś miał frajdę. Jednak zbyt luźna fabuła mówi z drugiej strony jak masz więcej niż 13 lat to odbiór może być różny. Wyłącz myślenie przed seansem i nie wnikaj za bardzo w to co będzie się działo na ekranie.

PS. Dla mnie wciąż Wonder Woman rządzi w DC Universum. A wam jak się podobał Aquaman?
Ps.2
Fabuła 4/10
Efekty 9/10

Aquaman – Zwiastun z napisami PL

Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda

Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda piękny świat magii i magicznych zwierząt, które to, co rusz się przydają. No tak, ale po seansie mam duży problem z tytułem filmu, ponieważ nie mogę się doszukać, na razie tych wielkich zbrodni! Bowiem wielki zły Gellert (Johnny Depp)tak jest przedstawiany przez cały film, a okazuje się, że jeszcze nic wielkiego nie uczynił poza zmyślnym wprowadzeniem swojego planu w życie.

Akcja filmu rozpoczyna się w 1927 r., kilka miesięcy po tym, jak Newt (Eddie Redmayne) pomógł zdemaskować i schwytać niesławnego czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda i na nowo dosłownie na nowo zaczyna się cała zabawa. Po niespełna pół roku Gellert zostaje przetransportowany do brytyjskiego oddziału magii. Podczas tego transportu oczywiście, że udaje mu się uciec.

Sam Albus Dumbledore (Jude Law) udaje się do Newt Scamandera, aby prosić go o pomoc, ponieważ on sam nie może się zmierzyć z dawnym przyjacielem. Albus pod tym względem jest bardzo tajemniczy. Newt dość nie chętnie się godzi, jednak koniec końców udaje się Paryża, aby odszukać nie tylko Gellerta, ale i znanego nam z pierwszej części Credenca (Ezra Miller).

Cała fabuła wydaje się kontynuacją poprzedniej części, jednak tutaj zostaliśmy zatrzymani, aby poznać trochę bardziej życie Newta oraz jego przeszłość. Mamy okazje poznać Lete Lestrange (Zoë Kravitz) dawną miłość Newta. Odbywa się to zgrabnie poprzez retrospekcje. Siostry Tina (Katherine Waterston) i Queenie (Alison Sudol) również będą obecne w kolejnej przygodzie. Wątków miłośnych nam w Fantastycznych zwierzętach nie zabraknie, bo jest ich wiele. Jacob Kowalski (Dan Fogler) po raz kolejny będzie służył pomocną dłonią Newtowi. Antagonista Gellart zbiera swoich sprzymierzeńców, aby wreszcie światem zaczęli rządzić magowie czystej krwi.

Wykreowany świat jest kolejny raz zanurzeniem się w otchłanie magii i fantazji. Magiczne zwierzęta, czarodzieje i ta cała otoczka sprawia, że znikamy na całe dwie godziny, aby przeżyć po raz kolejny piękną familijną przygodę. Która wyciąga do nas swoją dłoń i sprawia, że spełniania się nasze dziecięce marzenia o  magicznym świecie.

Efekty specjalne na najwyższym poziomie tutaj jest rozkosz dla oczu, ostatnie sceny na cmentarzu ahhh czemu tego nie ma więcej w filmie. Pomimo że to film o magach i czarodziejach niema w Fantastycznych zwierzętach zbytniej przesady posługiwania się magia. Trochę szkoda, bo grupowe zaklęcia jak wymieniona scena przez mnie to wisienka na torcie.

Aktorsko nie dało się nic popsuć, jednak uważam, że naleciałość Johnnego Deepa z Piratów z Karaibów powinna być wykorzeniona. To jego akcentowanie czasami bardziej przypominało Jacka niż Gellarta. Ogólnie rzecz biorąc cała obsada wpasowała się w świat wykreowany przez J.K. Rowling. Pewne postacie zbyt, krótko zostały nam zaprezentowane. Odniosłem wrażenie, że przez te dwie godziny chciano nam upakować jak najwięcej co tylko się da. Jednak nie do końca to zadziałało poprawie w odbiorze. Patrząc na nieśmiertelnego Alchemika, który pojawia się z znikąd bez żadnej historii czy końcowe zachowanie Lety, a nawet próba głębszej eksploracji  postaci Queenie  powodowały pewny chaos na ekranie.  Widz nie miał czasu na głębszą analizę tego co następowo po sobie.

Reasumując jest to świetny film fantasy z dużą dawną elementów familijnych, gdzie dobrze się będzie go oglądało zarówno z młodszymi pociechami, jak i drugą połówką. Jedyny minus, jaki widzę w filmie to, że fabuła nie została byt daleko przesunięta. I na kolejną potyczkę znowu przyjdzie nam długo poczekać. Fantastyczne zwierzęta mają mieć w sumie jeszcze trzy odsłony kolejno w latach 2020, 2022 i 2024. Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam każdą kolejną część zobaczyć na dużym ekranie.

Mimo tych małych niedociągnięć zachęcam udać się do kina.

Bogowie Egiptu

Bogowie Egiptu styl Indiana [RECENZJA]

Kolejny PF wydanie 5 dziś przewaga scenerii Egipskiej bo mamy X-menów jak i Bogów Egiptu. A na zakończenie Get a Job przyjemna komedyjka to tyle w skrócie po więcej zapraszam do wpisu.


Gods of Egypt

Mieszanka Johna Cartera, Indiana Jonesa i krainy tysiąca nocy, po mimo że na początku razi w oczy jednak słabo dopracowane CGI w niektórych aspektach. To ogląda się bardzo przyjemnie gdzie szybko asymilujemy się z bohaterami. Są pewne zwolnienia akcji które mnie irytowały, gdzię akcja prze do przodu! a tu ciach.. jakaś pogadanka. Kino familijono przygodowe miłe dla oka, zabieg powiększania postaci wyszedł całkiem fajnie chodź moim zdaniem nie był jakoś specjalnie potrzebny.
Jak ktoś planuje seans to niech zaplanuje sobie dwie godziny bo tyle trwa, ale grunt że czas szybko mija.
Szczerze jakby miał powstać sequel to chętnie bym obejrzał sobie w domku na TV