Przejdź do treści głównej

Jurassic World: Dominion, ależ to nie wyszło! Recenzja 2022

Jurassic World: Dominion rozgrywa się cztery lata po zniszczeniu Isla Nublar. Dinozaury żyją i teraz polują razem z ludźmi na całym świecie. Nikt nie wie, jak doszło do tego, że dinozaury pojawiały się w każdym zakątku świata. Film kończący trylogię, jest wybitnie słaby. Nie potrafię znaleźć żadnego argumentu, który przemawiałby za obejrzeniem tej części.

Co z tego, że fabuła jest kontynuacją, ale taką trochę jak szwajcarski ser. Obsada pozostała praktycznie bez zmian, co zwiastowałoby dobre widowisko. Mamy w obsadzie ponownie Chrisa Pratta, Bryce Dallas Howard czy Isabelle Sermon. Owa trójca gra w filmie główne skrzypce. Firma poluje na Maisie Lockwood, która jest kluczem do rozwikłania zagadki DNA. Oczywiście Owen i Claire za wszelką cenę będą starać się przeciwdziałać temu oraz ratować ich przybraną córkę. Fabularnie cała historia jest bardzo słabiutka i dość nudna. Jest trochę efekciarskiego kina… i to w zasadzie jedyny plus.

Bardzo mnie uderzyło drewniane aktorstwo, które momentami było strasznie nierówne. Odnosiłem wrażenie, iż niektórym formuła tego przedsięwzięcia przestała się podobać i nie czuć było wielkiego zaangażowania.

Przyczepię się do efektów wizualnych, ponieważ tam, gdzie było CGI, to całkiem sympatycznie to wyglądało. Natomiast tam, gdzie prawdopodobnie wykorzystano roboty, plus CGI wyglądało to komicznie, bo odniosłem wrażenie jakbym oglądał wersję pierwowzoru. Ruchy były bardzo nienaturalne i trochę trąciło myszką, jak na 2022 rok.

Muzycznie ciągle bez zmian, jeden i ten sam motyw ciągnący się od dość dawna, znany już z poprzednich części.

W Jurajskim parku: Dominacji zabrakło tego czegoś, co spowodowałoby unikalność widowiska. Na próżno tutaj szukać dreszczyku emocji. Napisałbym: zobacz to sam/sama, ale szkoda jest czasu na tą część. W dodatku po tej części osobiście nie mam ochoty na żadną kolejną!

Na całe szczęście, trylogia dobiegła końca, a rebooty nie powstają tak szybko. Miało wyjść nostalgicznie, a wyszło jak wyszło.

Nie polecam, szkoda czasu na nowe przygody w parku Jurajskim. Aczkolwiek, jeśli chcesz obejrzeć coś dobrego z Chrisem Prattem to zapraszam do recenzji LISTA ŚMIERCI (The Terminal List).

Jurassic World Dominion 2022 – zwiartun PL

Doktor Strange w multiwersum obłędu – Recenzja

Doktor Strange 2 otwiera nową, kolejną fazę w epickiej podróży po MCU. Jednak już na wstępnie zaznaczam, że osoby, które nie oglądały seriali z platformy Disney+ mogą mieć problem. A problem polega na tym, że pewne akcje bohaterów wynikają z obecnego stanu rzeczy w linii czasowej po serialu. Mowa tu o serialu “WandaVision” (niedostępny w Polsce), a dopełnieniem byłaby animacja “What if”. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zrozumieć genezę Wandy i Szkarłatnej wiedzmy. Również dzięki “What if” (niedostępny w Polsce) poznajemy multiwersum.

“Doktor Strange w multiwersum obłędu” jest filmem dobrym, z dużą ilością akcji, na którym de facto nie można się nudzić. Nie mniej jednak to multiwersum wcale takie multi nie jest. Pod tym względem eksploracja nie była rozbudowana. Jednak jest kilka niespodzianek, które się potwierdziły, a wcześniej krążyły po sieci. Więc na pewno będzie nie jedno “WOW! Jak fajnie”.

Co zaskakuje w najnowszej odsłonie Marvela to to, że raczej unikał pokazywania krwi i brutalności. A tutaj co nieco Sam Raimi przemycił do filmu, co rodzi pewną niekonsekwentność w całym uniwersum. Czy tak zostanie? Możliwe, bo i widownia już podrosła, a i zbliża się przecież “BLADE”. Tam raczej się nie obejdzie bez jatki.

Benedict Cumberbatch jest po prostu mistrzem w swoim fachu i kreowaniu postaci Strange! Uwielbiam jego szorstki humor i grę aktorską. Tutaj nie inaczej – wypada rewelacyjnie.

Xochitl Gomez jako America Chavez jak na swój pierwszy większy występ przyzwoicie, typowo po Marvelowsku – bez szału. Wprowadzenie tej postaci jest, według mnie, trochę od czapy. Bez jej oryginalnej historii ciężko z nią sympatyzować na ekranie, ponieważ zwyczajnie jest nowa, zagubiona i trochę nieporadna. Z całego filmu dużo się o niej nie dowiesz.

Na duży plus Elizabeth Olsen (Wanda, Szkarłatna wiedźma). Można poczuć jej rozgoryczenie i emocje na ekranie. Dobrze się to wszystko oglądało z jej udziałem, a walki to wisienka na torcie w całym filmie. Szczególnie te walki na jednej z alternatywnej ziemi – po sensie filmowym będziesz wiedział, co mam na myśli. W końcu kto lubi spoilery.

Benedict Wong (Wong) na ekranie jest świetny i dorównuje humorem dr. Strange! Ich wymiany zdań i kąśliwe uwagi są warte każdej sekundy na ekranie.

Studio Marvel można pochwalić, że potrafi montować zwiastuny tak, że nic nie zdradzają nic istotnego z fabuły. Mega szacun za takie podejście. A może to wynika z tego, że oglądam tylko pierwszy, a potem unikam plotek, aby sobie nie psuć seansu? Polecam takie podejście.

Udźwiękowienie filmu jest na poziomie, na który przyzwyczaił nas Disney. Ale ścieżka dźwiękowa jako taka jest średnia, w zasadzie muzycznie nic nie zapamiętałem po seansie.

Fabularnie “Doktor Strange w multiwersum obłędu” wypada całkiem dobrze, ale niestety jest trochę chaotyczny i ciągle gna do przodu. Powoduje to, że mało jest czasu, aby zagłębić się i zatrzymać się na chwilę. Pufff i już jesteśmy w centrum innej akcji. Wątek złego charakteru mnie zaskoczył i nie rozczarował. Jednak patrząc z perspektywy lat, szkoda, że to się tak potoczyło i tak szybko skończyło. Ten wątek śmiało mógłby być pociągnięty do samego końca tej fazy MCU. Pierwsza część Dr. Strange była niemal idealna i lubię do niej wracać. Po drugiej odsłonie jestem nasycony i trochę rozgoryczony, że nie było aż tak dużego efektu WOW. Zdecydowanie ciężko jest się odnaleźć po przedniej fazie MCU zakończonej epicką wojną i walkami oraz poniesionymi stratami, które odcisnęły swoje piętno i są odczuwalne przez bohaterów po dziś dzień. Czy można było lepiej rozpocząć tę fazę i poprowadzić fabułę? Myślę, że tak i ludzie to dostrzegą, w końcu era starych bohaterów powoli się kończy.

Oczywiście rekomenduję wybrać się do kina. Nawet jeśli nie widzieliście wyżej omawianych seriali ze wstępu, to fabuła nadal będzie zrozumiała. Mamy dwie sceny po napisach: jedna jest związana z samym dalszym rozwojem fazy, a druga jest śmieszna i jest oczkiem puszczonym do fanów od Samiego Raimi.

Doktor Strange w multiwersum obłędu – zwiastun PL

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) – Recenzja

Studio Disney przyzwyczaiło nas do pewnego poziomu swoich rodzinnych, familijnych, przygodowych produkcji. Wyprawa do dżungli pod względem obsady aktorskiej jest lekko nietrafiona. Po seansie ciężko mi określić, do jakiego widza ten film jest skierowany. Do bardzo młodego na pewno nie, bo nic specjalnego dla dzieci tam nie ma. Do starszego? Też raczej nie, bo więcej w filmie fikcji niż realnych faktów.

Odniosłem wrażenie, że Disney zwyczajnie potrzebował czegoś innego na ten moment. Taką zapchajdziurę w swoim kalendarzu premierowym. Jungle Cruise powinien od razu trafić na platformę VOD, a premiera kinowa nie powinna mieć miejsca. Fabularnie jest naprawdę cienko. Lecimy po sznurku bez żadnych spektakularnych zwrotów akcji. W dodatku wymuszane teksty, które miały bawić widownię, są tak zwanymi sucharami. Dwayne Johnson (Frank) jest przeniesiony wprost z Jumanji. Nie ma w tej postaci żadnego powiewu świeżości. Emily Blunt (Lily) za to bardzo przyzwoicie, z przysłowiowym kopem. Jesse Plemons (Prince Joachim), najbardziej irytująca postać w całym filmie, która chyba miała być tą zabawną i zarazem antagonistyczną. Wyszło irytująco i mało śmiesznie. Niemiecki akcent i rozpieszczone zachowanie całkowicie zrujnowało wizerunek, w moich oczach, dla tej postaci. Z każdym wypowiadanym zdaniem miałem ochotę zakończyć seans filmowy.

Fabuła, cóż, w skrócie można opisać tak: charyzmatyczny Frank, który jest kapitanem łodzi, boryka się z finansowymi problemami. Trafia na odważną badaczkę Lily, która przedstawia mu ciekawy plan na dotarcie do drzewa życia, aby zdobyć kwiaty. Na przeszkodzie stanie im Książę Joachim oraz starzy znajomi, których to spętała klątwa na wieki. Więc to taki miszmasz Jumanji i Piratów z Karaibów.

Wizualnie, jak na studio Disneya przystało, jest miło, na poziomie i przyjemnie. Szczególną uwagę przykuwa Proxima, “mały” kotek.

Muzycznie jest spaprane, niestety, i tu mam największy zarzut. Podkład daje orkiestra i było to fajne w przypadku Piratów z Karaibów. Tam muzyka była dobrana perfekcyjnie. Tutaj mamy coś na zasadzie spektaklu teatralnego, gdzie natężenie czy też rozwój akcji nie zgrywa się z tym, co widzimy na ekranie. Kuło mnie to po uszach, jak i psuło odbiór. Brakowało mi w tym wszystkim przekazu o większej amplitudzie emocji, takich z pompą!

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) jest dla mnie w odbiorze bardzo, ale to bardzo przyzwoitym średniakiem. Ponieważ chciano upakować w jeden film kilkanaście dobrze znanych motywów z innych produkcji wyszło nijako. Ani to Piraci z Karaibów, ani Indiana Jones, ani nawet nie Jumanji. To kolejny film z wyprawą do dżungli.
Kina nie polecam, a tym bardziej wypadu całą rodziną, gdyby to ten film Wyprawa do dżungli miałby być główną atrakcja dla dzieci.

Ps. Polecam nie oglądać zwiastunów, jeśli planujecie seans.

Wyprawa do dżungli – zwiastun pl

WONDER WOMAN 1984 – Nieudane dzieło od DC

Pierwsza część Wonder Woman w zasadzie ratowała całe uniwersum DC. Był to film bardzo poprawy i świetnie się go oglądało. Gal Gadot czarowała na ekranie w każdym momencie. Druga część jest nieudana pod bardzo wieloma względami. Po części można zrzucić winę na pandemię Covid-19, ale czy wysokobudżetowy blockbuster, w którego jest pompowana ogromna ilość pieniędzy nie powinien się oprzeć pandemii? Jak można zobaczyć na ekranie, może polec, i to z kretesem.

Wonder Woman 1984 dzieje się w latach 80. Tym razem Księżna Diana Prince (Gal Gadot) będzie musiała zmierzyć się z Max Lordem (Pedro Pascal) oraz The Cheetah (Kristen Wiig).

Po kolei, za reżyserię odpowiada, jak i w pierwszej części, Patty Jenkins, która narzekała, iż ma mało czasu na realizację filmu, ponieważ terminy się skróciły, a ona pracowała nad innym projektem. Z racji przyspieszonego terminu wydania WW84, odstawiła obecny projekt i zaangażowała się w 100% we wspomnianą Wonder Woman 1984. Nawet była zadowolona z obrotu spraw pandemii, bo pozwoliło jej to dopracować projekt i przesunąć datę premiery. Ja się pytam, czy ona widziała końcowy efekt swojego dzieła? Bo wydaje mi się, że nie! A dlaczego? Już odpowiadam.

Zacznijmy od efektów specjalnych. Można by tu wypikać wiele niecenzuralnych słów. Efekty są tak nienaturalne, że ma się wrażenie typowo lat 80. i tamtejszej techniki. Dziwne bieganie, jeszcze dziwniejsze latanie i dziwne skoki. Oglądając, odnosiłem wrażenie, że to nie jest film wysokobudżetowy, a klasy B, oczywiście w pewnych momentach. Pod tym względem nie można nic dobrego napisać. Jak Patty Jenkins mogła się zgodzić na tak słabe efekty wizualne? Jest to niezrozumiałe dla mnie i pewnie nie będzie dla wielu widzów.

Scenariusz to kolejna czara goryczy i gwóźdź do trumny. Mamy wątek miłosny, mamy dwa czarne charaktery, a nawet mamy wątek bogów. Tylko co z tego, jak wszystko jest mdłe, bez wyrazu i cukierkowe. Ewidentny brak pomysłu na fabułę, gdy czarne charaktery mogłyby spokojnie uprzykrzyć życie Dianie Prince. Magiczny kamień spełniający każde życzenie, mógł z fabuły zrobić wszystko, dosłownie ograniczała tylko wyobraźnia. Sumiennie zmarnowany potencjał fabularny, jak i aktorski.

Lubię aktora Pedro Pascala. Zagrał poprawnie, wczuł się w rolę, ale do takiego złego charakteru on się nie nadaje. Brakowało mu takiego zakapiorskiego animuszu. Natomiast Kristen Wiig bardzo pozytywny odbiór, miała moc przebicia się przez Gal Gadot, a to już coś.
Gal Gadot raczej świetnie się czuje w roli Wonder Woman, ale która z pań by się nie czuła. Więc tutaj, poza słabym scenariuszem, nic nie można zarzucić. Jednak gwiazda bardzo zbladła przez efekty i scenariusz tego dzieła.

Patty Jenkins zaoferowała nam kolejną wycieczkę na Themyscira, która w zasadzie nic nie wnosiła do filmu. Mamy odgrzewaną miłość i powrót Steve’a Trevora (Chris Pine), który częściej irytował, niż bawił na ekranie. Walki z antagonistami są bardzo przeciętne, a ich długość woła o pomstę do bogów.

Jedyny pozytywny akcent to dobra muzyka, za którą odpowiadał znany Hans Zimmer.

Jest długo, jest czasami nudno i cukierkowato. Można mówić o szczęściu, ponieważ można obejrzeć całe widowisko na ekranie telewizora, a nie ekranie kina. Przyjdzie Ci poświęcić dwie godziny i trzydzieści pięć minut na seans, jeśli podejmiesz to ryzyko. Ale zostaniesz nagrodzony krótką sceną między napisami końcowymi.

Serdecznie nie polecam! To chyba pierwszy film, którego z DC nie polecam i tak słabo oceniam, i jestem wielce rozczarowany. Czyżby ostatni bastion w DC universe jakim była Wonder Woman właśnie upadł?

Wonder Woman 1984 – Napisy PL

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie – Recenzja

Koniec trylogii, a zarazem sagi Skywalkerów, która trwała łącznie aż 42 lata! Finałowy film odrodzenie Skywalker nie zawodzi pod względem rozrywki. Natomiast fabularne można powiedzieć, że jest zbyt szałowo.
Ale po kolei przejdźmy co było fajne i mnie zachwyciło, a co było złym rozwiązaniem i kuło w oczy.

Jeśli jesteś fanem walki na świetlne miecze to dobra wiadość jest taka, że te są i wyszły całkiem nieźle, a nawet powiedziałbym, że są na wyższym poziomie niż poprzednio. Kylo i Rey radzą sobie pod tym względem dużo sprawniej i przyjemniej dla oka.

Walki w kosmosie w zasadzie niema, ale jest jedna finałowa bitwa, która może się spodobać. Osobiście spodziewałem się innej walki w otchłaniach kosmosu i może większych emocji z tym związanych. Jednak w czasie ostatniej trylogii tych walk za dużo nie było więc ten element wrzucam do plusów.

Fabularnie szału nie ma, ale źle też nie jest wyszło po prostu średnio. Po seansie moje osobiste odczucie, że film jak film kolejny w świecie star wars i tyle. Emocjonalnie wyszło dość płasko, aczkolwiek po aktorach było widać, że dawali z siebie wszystko.

Oczywiście gwiezdne wojny to postacie drugiego czy trzeciego planu sprawiają, że film ma swój unikalny klimat, który na szczęście udało się zachować.

Przechodząc do neutralnych rzeczy i minusów to nowy film kończący trylogie gwiezdnych wojen jest bardzo zachowawczy i nie wychodzi poza schemat całej sagi. J.J. Abrams starał się naprowadzić z powrotem na prawidłowe tory nową trylogię. Przez to nie ma wielkich zwrotów akcji, które zapierałyby dech w piersi. Wszyscy w głębi duszy spodziewaliśmy się jak ta cała historia może się zakończyć i tak się zakończyła!

Sprawne oko widza na pewno dostrzeże też kilka dziwnych rozwiązań fabularnych, które są bardzo naciągane. Nie chce spoilerować, ale jak dla mnie dziwne zachowanie Bena i Rey na końcu (WTF). Czy gdy dochodzi do wielkiej bitwy wszystko zaczyna być zależne od mało istotnej antety.

Humoru jest trochę, ale brakuje w nim finezji i większość scen jest po prostu wymuszona.

Położono duży nacisk na kwestie droidów i nie do końca mogę zrozumieć czemu to miało służyć. Droidy były zawsze elementem gwiezdnych wojen, a tutaj wyjątkowo dostały dużo czasu filmowego, który jednak mógłby być spożytkowany na inne postacie i relacje. Jak Księżniczki Lei i Bena czy Finna i Rey.

Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie nie jest słabym filmem jest dobrym, ale bez rewelacji. Za dużo w nim utartych schematów, które widzieliśmy we wcześniejszych filmach. Wracając do finałowej walki, która była emocjonalnie okrojona i bez klimatu. To większe wrażenie na mnie zrobiła walka w Star Treku Discovery koniec drugiego sezonu.

Gdy myślę o Gwiezdnych wojnach na myśl przychodzą mi tylko dwie rzeczy Jedi i niezliczone rasy. Wydaje mi się, że im mniej Jedi w gwiezdnych wojnach tym samym cały sens opowiadania dalszej historii gdzieś się rozmywa.

Osobny minus leci za niedopatrzenia w tłumaczeniu. Osobą lub cały sztab odpowiedzialny za tą część nie stanęły na wysokości zadania zdarzają się wpadki i nietrafne tłumaczenia.

Reasumując Gwiezdne wojny Skywalkier odrodzenie jest nakręcony w hołdzie Lei i dla poprzedniej części ekipy. Starano się połączyć to wszystko w zgrabną całość mimo upływu tylu lat. Myślę, że osoby, które uwielbiają pierwsza trylogię z kina wyszły usatysfakcjonowane. Reszta natomiast mogła poczuć tę przeciętność i wtórność gwiezdnych wojen.

Ta potrójna trylogia zmyka pewien okres…
Okres JEDI i walki na świetlne miecze.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie – Napisy PL

SHAZAM – to się im udało!

Shazam (Zachary Levi) to jeden z lepszych filmów DC Universe. Lekkość i nieskomplikowana fabuła sprawia, że ogląda się najnowsza produkcje bardzo przyjemnie.

Miałem duże obawy jak wyjdzie film, który będzie bliżej uniwersum Marvela niż mrocznego DC. Włodarze Warner Bros tym razem wyciągnęli wnioski i stworzyli bardzo przyzwoity film, który dobrze bawi widza. Mogę śmiało użyć zwrotu, iż SHAZAM jest bardzo komiksowym tworem.

DC tym razem przyłożyło się i dobrało dobrze obsadę, z która można się zżyć od pierwszego momentu. Dobrze napisane postacie, a przede wszystkim różnorodne, które dobrze zapadają w pamięć. Nawet Villan, czyli złoczyńca dr Thaddeusa Sivanę (Mark Strong) jest dobrze napisaną postacią i wcale nie taka słabą jak to zazwyczaj bywa w pierwszych filmach o nowych superbohaterach.

Fabuła skupia się na Billim Batsonie (Asher Angel), który to za wszelką cenę próbuje odnaleźć swoją matkę. Przez co często ucieka z zastępczych rodzin i przysparza sobie kłopotów. Kolejna rodzina zastępcza, która go przegarnia nie jest do końca tak “normalna”, a ma sporą ilość indywidualność.

Freddy (Jack Dylan Grazer) ekspert do spraw superbohaterów, Darla (Faithe Herman) przeurocza najmłodsza mieszkanka domu. Eugene (Ian Chen) młody gracz, który poza grami świata nie widzi. Wchodząca w dorosłość Mery (Grace Fulton), Pedro (Jovan Armand) małomówny chłopak. Plus do całej ferajny dochodzą zastępczy rodzice Viktor (Cooper Andrews) i Rosa (Marta Milans). Cała ta gromada tworzy swój familijny klimat i myślę, że to jest wyróżnieniem całego filmu. SHAZAM pod tym względem daje prosty i jasny przekaz rodzina jest najwaznijesza! Nawet taka zastępcza.

Gdy Billi zostaje nastoletnim superboheterem próbuje okiełznać moc, która została mu przekazana przez ostatniego czarodzieja. Jak to bywa u nastolatków wykorzystuje swoje moce niezawsze, aby walczyć ze złem. Przez co bycie idealnym kandydatem czempionem czarodziejów pozostawia trochę do myślenia.
Film obfituje w dużą dawkę humoru takiego dobrego niewymuszonego. Natomiast nie zabrakło również scen, które wywołują u nas również inne emocje co jest rzadkością w filmach o suberbohaterach. SHAZAM jest bardzo uczłowieczony w końcu to tylko nastolatek obdarzony mocami.

DC tym filmem stara się pokazać, że zrywa z mroczną przeszłością, która wywiodła ją na manowce, a wprowadza nowe. Mamy tutaj nawiązania do Supermana czy Batmana, a nawet i Flasha. Ponieważ film na zabarwienie komediowe to lekko “starym” bohaterom uciera się nosa. A już szczególnie w napisach końcowych, które to są inspirowane tymi z Deadpoola.

Sceny po napisach są dwie, jedna w zasadzie po animacjach i wstępnych napisach. Ukazuje ona przyszłego antagoiste co sugeruję iż druga cześć powstanie. A tego jestem niemal pewny.
Natomiast druga scena jest związana z samą fabułą i relacjami członków nowej rodziny Billego. Polecam wytrwać i zostać, mimo iż to aż tak istotnego znaczenia nie ma dla dalszych losów SHAZAMA, a może jednak będzie miało?

Shazam oczywiście nie jest filmem bez wad. Ma on swoje głupiutkie fabularne wpadki, ale w zupełności nie przeszkadzają w odbiorze.

Warto wybrać się do kina gwarantuje Ci, że to dobrze spędzony czas na dobrej rozrywce.

SHAZAM – zwiastun napisy PL

Potrójna granica – Nie powala!

Czasem nawet dobra obsada nie pomoże przy średnim scenariuszu. Potrójna granica nie jest dziełem wybitnym, a średniakiem ze zbyt prostolinijna fabuła.

Obsada tego film jest nadwyraz bardzo dobra, ponieważ na ekranie zobaczysz takich aktorów jak Ben Affleck (Tom “Redfly” Davis), Pedro Pascal (Francisco “Catfish” Morales) , Oscar Isaac (Santiago “Pope” Gomez), Charlie Hunnam (William “Ironhead” Miller) oraz Adria Arjona (Yovanna).

Z całego tego grona bardzo szybko wyróżnia się Affleck oraz Issac, którzy dają z siebie najwięcej na ekranie. Reszta poprawnie, ale bez większego animuszu. Dorzucić do panów można Adrie, która nie pojawia się zbyt czesto na ekranie jednak jako kobieta dodaje trochę blasku.

Fabuła jest prosta i nie oferuje zbyt dużo do myślenia. Podążamy sobie losem bohaterów, którzy to wykonują jako cywile operacje przejęcia sporej ilości gotówki od bosa kartelu narkotykowego. Moment zbierania ekipy oraz ataku na posiadłość to w zasadzie najciekawsza cześć filmu zważywszy, że spędzisz ponad dwie godziny przed ekranem. Im dalej fabularnie tym jest słabiej. Co prawda dostajemy jeden niespodziewany obrót akcji, ale to stanowczo za mało, aby film utkwił Ci na dłużej w pamięci.

Potrójna granica jest dobrze oglądającym się filmem, który zaraz po seansie zapomnisz. Pozwoli Ci się odprężyć i miło spędzić czas z grupą byłych wojskowych. Film sam w sobie nie ma żadnego przekazu poza oczywistością, iż chciwość może się źle skończyć. Z prezentowanych zapowiedzi filmu można było mylnie wywnioskować, że to będzie naprawdę dobre kino akcji. A tymczasem NETFLIX zafundował nam kolejnego średniaka.

Odniosłem wrażenie po seansie, że scenariusz był pisany na bieżąco podczas kręcenia filmu. Wiele rzeczy w tym filmie można było zrobić lepiej czy też efektowniej. Jeśli ten film trafiłby do kina to za pewne okazałby się wielką klapa. A tak na standardy Netflixa jest kolejnym średniakiem, którego da się obejrzeć.

Film można obecnie tylko obejrzeć na platformie streamingowej NETFLIX.

Potrójna Granica – Zwiastun PL

Kapitan Marvel wydaje się nie mieć sobie równych

Kiedy myślisz, że w grze biorą udział tylko duzi chłopcy, a tu nagle pojawia się ona i już wiesz jak bardzo się myliłeś. Kapitan Marvel aka Carol Denvers zyskuje swoje moce całkiem przez przypadek. Chęć poznania zapomnianej przeszłości sprawia, że odkrywa się zupełnie na nowo.

Wszyscy mieli duże obawy jak wypadnie Brie Larson w roli tytułowej Kapitan Marvel i cóż mogę napisać odrobiła lekcje i wypada wyśmienicie. Jest zuchwała postacią przez co odrazu można ją polubić. Stara się być zabawna, aczkolwiek nie zawsze jej to wychodzi. Przez to, że nie pamięta swojego poprzedniego życia czuje się niepełna i dręczy ją to mentalnie.

Kapinal Mavel to kolejny film z serii oryginalnej historii nowego bohatera. Nie jest to historia jak poprzednie, ponieważ wnosi ze sobą sporą historie Nicka Fury. (Samuel L. Jackson). Więc dostaliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. Jeszcze w żadnym filmie nie było tyle Nicka Fury co w Kapitan Marvel.

Całe widowisko dzieje się na przestrzeni lat 90, o czym przypomina nam po raz kolejny dobrze dobrana muzyka. Powoli staje się to znakiem rozpoznawczym w produkcjach Marvela.

Fabułą nie jest nad wyraz skomplikowana. Verr będzie przez większość filmu szukać swojego poprzedniego życia. Miłym akcentem jest powrót agenta Coulsona (Clark Gregg) oraz zwroty akcji i prawda o Kree. Całość jest utrzymana w takim ciepłym bardzo przyjaznym klimacie. Tempo akcji jest nadwyraz bardzo wysokie.

Kilka słów o CGI, które wydaje mi się, że gdzieniegdzie mogło wyglądać ociupinkę lepiej w szczególność rendery twarzy Carol. Nie jest to coś co kuje w oczy, ale jest.

Kapitan Marvel wydaje się nie mieć sobie równych. Jednym słowem to, co zobaczysz na ekranie sprawi Cię w zdumienie. Carol posiada w sobie bardzo duży potencjał i z całą pewnością w swoim pierwszym filmie nie ujawniła swojego całego potencjału.

Nie będziesz pewnie zaskoczony jak napiszę, że Kapitan Marvel jest łącznikiem z nadchodzącym filmem Avengers: End Game. Nie chce za dużo napisać, ale uważam, iż Kapitan Marvel powinna być wcześniej zaprezentowana, ponieważ mamy lukę 30-letnią. I przede wszystkim nie mamy zielonego pojęcia co się działo z Kapitan Marvel przez ten cały okres.

Obsada jest dobra w szczególności po stronie Kree, gdzie ujrzysz Jude Law , Gemma Chan czy Djimon Hounsou. W zasadzie, gdybyśmy ujrzeli ich w osobnym filmie o rasie Kree to byłoby to mega uzupełnieniem.

Polecam kino i z całym przekonaniem będziesz się dobrze bawił lub bawiła. Jest przyjemnie i z przytupem. Nie ma niedomkniętych wątków, więc i historia jest całą.

Są dwie sceny po napisać, pierwsza nawiązuje do Avengers End Game, a druga po całych napisach końcowych do Tesseraku.

To pozostało już czekać na finalną rozgrywkę w Avengers: End Game (
Avengers: Koniec gry) kolejna premiera, której nie wolno przegapić.

Kapitan Marvel – zwistun napisy

How it ends – pytanie bez odpowiedzi

Nowa świeża propozycja od NETFLIX “How It Ends” po trailerze zapowiadała się bardzo interesująco i klimatycznie, a wyszło no właśnie kolokwialnie jak zawsze. Prawie dwie godziny widowiskowego filmu post apokaliptycznemu nie wróć widowiskowość to tylko ostatnia scena.

Zacznijmy od obsady, bo ta wydaje się całkiem porządna i tak na ekranie zobaczymy Forest Whitaker (Will ojciec Sam), Theo James (Will chłopak Sam) i Kat Graham (Samantha córka) oraz epizodyczne postacie plus Grace Dove (Ricki mechanik). W zasadzie cały film ciągnie tylko Forest z racji mocnego charakteru, a przy nim Theo wypada średnio i bez wyrazu. Jednak to kwestia postaci odgrywanej w filmie przez Theo James. Jestem rozczarowany tak mała rolą Kat Graham, bo uważam, że w końcu rozwinie skrzydła i będzie z niej jeszcze gwiazda pokroju Halle Berry.

Całe widowisko to tak naprawdę gra dwóch postaci ojca Toma i Willa, a cała reszta to tło i nawet dłużej na ekranie goszcząca Ricki nic ciekawego nie wnosi, bo jej postać jak szybko się pojawiła tak i szybko znika. Fabularnie jest prosto mamy zdarzenie bliżej nieokreślone na skalę kraju, o którym nic nie wiemy i nasi główni bohaterowie przemierzający przez pół kraju, aby odnaleźć Sam. Całe wydarzenie jest o tyle tajemnicze, że dostajemy tylko szczątkowe informacje jak odwołanie wszystkich lotów, a telewizyjne newsy informują o rzekomym trzęsieniu zmieni oraz braku elektryczności. W filmie często widzimy wojsko jednak, mimo że ojciec Sam jest byłym wojskowym to nie jest nam dane, aby użył swoich kontaktów i nam widzom zdradzić co tak naprawdę się wydarzyło.

I tak te dwie godziny nam lecą na podróżny do Seattle, gdzie nasi bohaterowie pokonują kilometry i borykają się z coraz to bardziej postępującym chaosem, który ogarnia tą cześć kraju.  W zasadzie nie nudzimy się w tej podróży bo dzieje się nawet wiele na ekranie i akcja pcha fabułę do celu. Gdy wreszcie dostajemy obraz Seattle to wygląda jak po katastrofie. Zniszczone przedmieścia wysokie wieżowce jak po wybuchu sporej bomby, a na dodatek wszędzie unoszący się trujący dym. I tutaj nadal tylko możemy się domyślać co tak naprawdę się wydarzyło.

Finalnie klimat filmu jest dość wciągający ze względu na naszą ludzką ciekawość. Jednak to jest jeden z tych filmów, gdzie po seansie sami będziemy musieli sobie dopowiedzieć co się wydarzyło. Osobiście nie znoszę takich zakończeń, bo za każdym razem czuję się oszukany, gdzie mój czas został zmarnowany. I tak z ciekawie zapowiadającego się filmu dostaliśmy wydmuszkę bez głębszej genezy.