Strażnicy Galaktyki vol 3 – zwiastun
Wciąż wstrząśnięty utratą Gamory, Peter Quill zbiera swój zespół do obrony wszechświata i jednego z nich – misja, która może oznaczać koniec Strażników, jeśli się nie powiedzie.
Premiera: 5 Maj 2023
Wciąż wstrząśnięty utratą Gamory, Peter Quill zbiera swój zespół do obrony wszechświata i jednego z nich – misja, która może oznaczać koniec Strażników, jeśli się nie powiedzie.
Premiera: 5 Maj 2023
Nowy film ze stajni DC – Black Adam (Dwayne Johnson) – jest naprawdę dobrym widowiskiem. I nie dlatego, że główną rolę tutaj posiada The Rock. Aczkolwiek ma to wpływ na całokształt filmu. Jeśli jeszcze nie wybrałeś się do kina, to nie czekaj. Rozrywka gwarantowana!
Muszę przyznać, że obsada Black Adam nie zawodzi, a przynajmniej nie ma słabych punktów. Może poza irytującymi scenami, które mają być śmieszne.

Pierce Brosnan, jako Dr Fate, świetna kreacja. Widać tutaj kunszt aktorski i wielki bagaż doświadczenia. Jak widać nawet aktorzy o starszych rocznikach mogą się sprawdzić w kinie typowo blockbasterowym. Dla równowagi, Noah Centineo, jako Atom Smasher, jest nieporozumieniem. Postać jest kiepsko napisana, a przynajmniej ja nie łapę z nią żadnego vibe’a. Wydawać by się mogło, iż Atom ma być łącznikiem z młodszą widownią, ponieważ gagi są na poziomie przedszkola. Neutralnie oceniam natomiast Quintessę Swindell jako Cyclone. Widać potencjał, ale wydaje się, iż można było wycisnąć więcej z jej postaci. Nie sposób pominąć Aldisa Hodge jako Hawkmana, który ma tę charyzmę, którą lubię w postaciach odgrywających bohaterów.

Oryginalna historia Black Adama potrafi zaskoczyć w fabule, co mi się podobało. Sam Black Adam na starcie jest bardzo tajemniczą postacią i superwrogo nastawioną. Takie odmienne podejście bardzo mi się spodobało. Oczywiście, według mnie, DC nie uniknęło błędów. Black Adam jest przedstawiany jako bardzo potężna postać, ale moc nadał mu czarodziej Shazam, ten sam co nadał moc Shazamowi (młodszy odpowiednik). Czyli mamy w uniwersum dwóch czempionów, chyba że czegoś nie zrozumiałem. Spoileruję: Shazam nie pojawia się w filmie. Co oczywiście, według mnie, jest dziwne. Byłby to doskonały zabieg łączący uniwersum. Zamiast ekipy Shazamowców dostajemy nowe postacie wspomniane wyżej. Skoro Black Adam jest tak potężny, gdzie Wonder Woman? Oczywiście, wszyscy wiemy, że w filmie pojawia się Henry Cavill, jednak to tylko puszczenie oka do widza.

Dwayne Johnson jako Black Adam daje radę! Widać, że gra sprawiała mu frajdę, co przekłada się bardzo pozytywnie na ekran i odbiór postaci. Fabularnie, z samą postacią, na początku mamy kilka nieścisłości, póki nie nastąpi zwrot akcji i zaczynamy rozumieć motywy Black Adama. Dobrze napisana postać i bardzo dobrze odegrana. Wszyscy się myliliśmy sądząc, że to Black Adam będzie głównym antagonistą.
DC ma naprawdę fajnych aktorów, którzy na dobre swoją osobą jakoby reprezentują danych bohaterów: Henry Cavill jako Superman, Gal Gadot jako Wonder Woman czy Jason Mamoa jako Aquaman. Nie wyobrażam sobie innych aktorów pod tymi postaciami. DC powinno znacznie częściej sięgać po nie i więcej czasu poświęcić na puszczanie oczek do widzów.

Jakby nie patrzeć, podczas seansu Black Adam nie można się nudzić. Zdecydowanie czułem tutaj pewnego rodzaju otoczkę x-man’ów, co dodało tylko większego animuszu całej produkcji.
Jest to pierwszy film, gdzie mamy do czynienia z Członkami Stowarzyszenia Sprawiedliwości i ten element wypada bardzo fajnie i tu właśnie mam skojarzenia z x-man’ami. Mamy tutaj też poruszony ważny wątek, iż Stowarzyszenie nie broni całej Ziemi, a tylko wybranych rejonów narzuconych przez rząd. Wydaje mi się, że przydałby się już w tym momencie film o “Stowarzyszeniu Sprawiedliwości”, ale, jako wiemy, w DC panuje bałagan i wizja ciągle się zmienia.
W tym miesiącu dostaliśmy dwa filmy oparte o komiksach: Wakanda CZARNA PANTERA: WAKANDA W MOIM SERCU oraz Black Adam. Z tych dwóch lepiej wypadł Black Adam i miałem więcej frajdy na tym seansie. Polecam się wybrać do kina. Każdy fan znajdzie dużo rozrywki i przyjemności. Z całą pewnością wart uwagi. Oby nowe rozdanie DC miało już klarowny kierunek.
Na wstępnie przyznam, że bardzo czekałem na drugą część Czarnej Pantery, jeszcze, nawet gdy żył Chadwik Boseman. Jednak on sam nie doczekał się realizacji drugiej części, co jest smutne. Nowa odsłona Czarnej Pantery musiała się zmierzyć z tym faktem, ponieważ nie da się, ot tak, zmienić aktora. Szczególnie takiego, który porwał swoją aurą tłumy ludzi.

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu miała być hołdem do Króla T’Challa. Muszę przyznać, że wyszło to tak sobie. Spodziewałem się zupełnie innej narracji, bardziej jak w Wojnie bez granic, po wygranej Thanosa nad Avengersami. Tam rzeczywiście było widać i czuć smutek bohaterów. Wakanda w moim sercu stara się być politycznie poprawna i całość skupia się na Matce obecnej królowej Ramnodzie (Angela Bassett) oraz Shuri (Letitia Wright), a w to wszystko zastają wplecione nowe postacie jak Ironheart i Namor.
Z przykrością stwierdzam, że Letitia Wright nie pociągnęła swoją osobą Czarnej Pantery. Mimo że po pierwszej części uważałem, że ma bardzo duży potencjał. To tutaj jej talent nie zabłysł nic a nic. W scenach, gdzie pojawia się nowa postać Ironheart (Dominique Thorne) wraz z Shuri, to ta pierwsza świeci na ekranie i kradnie całe show. Ale do Ironheart jeszcze wrócimy.

Mam wrażenie, że Marvel nie wiedział, jak to wszystko poukładać w tym filmie i panuje tutaj jakiś dziwny chaos. Nowe postacie, pogrzeby, nowa rasa wraz z origin story – wszystko to sprawia, iż jest jeden wielki miszmasz.
Dodatkowo, można zarzucić całemu studiu, dlaczego tak potężna postać, jak Namor, nie brała udziału w walce z Thanosem? Jeśli tłumaczeniem jest chęć ukrycia się to jest to słabe tłumaczenie, w końcu Namor przedkłada wszystko nad ochronę swojego plemienia.

Wróćmy do Ironheart – młodej studentki o geniuszu większym niż Shuri, a porównywalnym do Starka. Idealna postać na serial, aby ją lepiej pokazać. Patrząc jak Marvel wpakował dolary na pokazanie She Hulk, to nóż się w kieszeni otwiera, że nie padło na ekranizację Ironheart, która po starcie Iron man’a idealnie mogłaby dziedziczyć jego schedę. Serial jest planowany dopiero na jesień 2023.
Nowe plemię zamieszkuje ocean całkiem blisko Wakandy, a samo miasto zwie się Tlalocan i jest wzorowane na wierzeniach Azteków. Kostiumologia również opiera na Aztekach. Trzeba tutaj zwrócić uwagę, że to nie jest mityczna Atlantyda, jak snuto przypuszczenia.

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu oczywiście i tym razem nie uniknęła słabego CGI w samej Wakandzie. Co ewidentnie widać na scenach pogrzebu i miasta. Takie rzeczy z green screena można było dopracować. Podwodne miasto Tlalocan jest ciemne, niezbyt okazałe. Niebieski kolor skóry raz jest, a raz nie ma. DC znacznie lepiej sobie poradził w Aquamanie.
Fabularnie jest, jak to bywa w świecie Marvela, niezbyt skomplikowanie. Zaprezentowanie pierwszego mutanta Namora jest przyzwoite. Pożegnanie T’Challa jest słabe. Pamiętacie jak wyglądał pogrzeb Iron Mana, gdzie wszyscy bohaterowie byli obecni? To tutaj tylko mamy obywateli Wakandy. Brakuje mi jakieś przyzwoitej konsekwencji i solidarności superbohaterskiej. Przede wszystkim brakuje tutaj emocji, wszystko jest takie przygaszone, przytłamszone.
Długo się zastanawiałem, jak ocenić Czarną Panterę 2, i doszedłem do wniosku, że trzeba być szczerym wobec siebie, jak i was, widzów. Szału nie ma, po prostu. W tej fazie Marvela jest więcej rozczarowań niż fajnych pozycji, do których nas przyzwyczaiły filmy.

Scena po napisach jest jedna i jest dość szybko zaprezentowana, więc nie ma potrzeby siedzenia do ostatniej literki na ekranie. Przedstawia ona Shuri oraz Nakie. Ta scena wydawała mi się bardzo oczywista, aż za bardzo. Po raz kolejny cała faza nie została nigdzie pchnięta. Wszystko wskazuje na to, że dopiero w 2023 roku Ant-man i Osa: KWANTOMANIA pokaże nam potęgę Kanga Zdobywcy.
Czy polecam wybrać się do kina? Tak, ale bez wielkich oczekiwań.
Na platformie HBO MAX jest sobie niepozorny serial postapokaliptyczny z elementami dramatu. A jest nim Stacja jedenasta, która opowiada szereg bardzo różnych ludzkich historii, spotykających się ze sobą w zaskakujący sposób, na przestrzeni dość długiego czasu. Serial przedstawia osoby przed, w trakcie i po apokalipsie. Przeskoki czasowe są tutaj bardzo ważnym elementem, aby zrozumieć cały serial. Z całą pewnością nie jest to serial, gdzie można tylko słuchać i w międzyczasie zajmować się innymi rzeczami. Należy do niego podejść na poważnie i obejrzeć w pełnym skupieniu, aby czerpać z niego 100% radości. Mamy tutaj do czynienia z piękną historią i bardzo ciekawą fabułą, w której im bliżej końca, tym bardziej wszystko się spina w spójną całość. Przez co wynagradza nam to spędzenie tych kilku godzin przed ekranem telewizora. Ale spokojnie, serial ma tylko jeden sezon, który składa się z 10 odcinków. W tym miniserialu zamyka się cała historia.

Historia Stacji jedenastej toczy się na przestrzeni 20 lat, przez co złożenie tego w całość było nie lada sztuką. Bo to nie jest typowe SF, gdzie mamy lasery, statki kosmiczne itp. Tutaj mamy głębię, rozmyślania i sztukę przetrwania. Sposób opowiadana jest nielinearny, to znaczy, że skaczemy po linii czasu i zapoznajemy się z naszymi bohaterami. Główne role tutaj odgrywają Kirsten oraz Jeevan, ale też przewijać się będzie aktor Arthur Leander. W zasadzie te trzy osoby są spoiwem całego opowiadania w Stacji jedenastej. Dodatkowo, w całym serialu powraca motyw wydanego w kilku egzemplarzach komiksu science fiction, w którym ukojenia szuka nie tylko mała Kirsten. Ale ten element historii ma swój ciekawy wątek, który również spójnie się zamyka.

W super krótkim skrócie fabularnym bezspoilerowym: Jeevan pomaga małej Kristen dostać się do domu, gdy wybucha śmiercionośna pandemia na całym świecie. Przeciążone linie telefoniczne, brak kontaktu z rodzinami Kristen sprawia, że Jeevan postanawia przygarnąć na chwilę młodą dziewczynkę. Jest to ich pierwsze spotkanie w życiu, więc oboje mają moralne obawy przed ofiarowaniem pomocy i otrzymaniem jej.
Podczas przeskoku czasowego Kirsten i “Wędrowna Symfonia” wystawiają Szekspira, tak naprawdę, kiedy to świat się skończył i trwa jego odbudowa. Tworzą muzykę, piszą, rysują, szyją kostiumy na scenę i pokazują dookoła, że nawet jeśli nic już nam nie zostało z tego świata, to pozostaje jeszcze kultura, jako ostatnia deska ratunku, która sprawia, iż zapominamy o codziennych problemach.

Przyznam się, że nie dawałem dużej szansy temu serialowi… Po opisie mówię sobie “no nie, kolejne The Walking Dead. Kolejna epidemia, która nic nie wnosi i kręcimy się wkoło, bo jest teraz taki trend”. Jakie było moje pozytywne rozczarowanie, iż jest to zupełnie inna historia pełna emocji i nowatorskiego podejścia do przetrwania w tych, a nie innych czasach śmiercionośnej epidemii grypy. Szereg wątków sprawia, że pozornie rozrzucona fabuła pięknie się skleja w całość.
Stacja jedenasta jest dostępna na platformie HBO MAX.
Obiecywałem sobie, że więcej tego nie zrobię i znowu przekonałem się, że nie warto było. Przykro mi to stwierdzić, ale mimo iż zwiastun mnie urzekł i liczyłem na dużą dawkę śmiechu. To się przeliczyłem… Za każdym razem stronię trochę od polskiej kinematografii, bo bywa różna i przeważnie nie spełnia moich oczekiwań. Będąc na seansie, stwierdziłem, że ludzie uważają podobnie. Frekwencja na sali kinowej w dniu premiery nie zachwyciła. Jakby to delikatnie ująć “przeciąg na sali był okrutny”.

Komedia pod tytułem Kryptonim “Polska” to lekka, mało śmieszna próba ośmieszenia narodowców czy też ONR-owców. Borys Szyc, wcielający się w rolę Romana (podróbkę R. Bąkiewicza, naczelnego generała narodowców), robi robotę i jest to całkiem mocny punkt tego widowiska. Jednak krzywe zwierciadło jest tak krzywe, że czasem zagina IQ odbiorcy. Maciej Musiałowski, grający Staszka, stara się trzymać poziom tego widowiska. Wstępuje do “klubu” ZMR kuzyna Romana i tam się ma radykalizować na narodowca z “krwi i kości”.

Oczywiście nie mogło zabraknąć drugiej strony, czyli przedstawicieli wolności równość, czyli LGBTQ. Po tej stronie mamy Polę, którą gra Magdalena Maścianica i też stara się ciągnąc film swoją osobą. Oczywiście, dobrze się domyślasz, będzie z tego wątek miłosny. Dwa przeciwne światy, Pola i Staszek, a jednak zakochują się w sobie. Perypetie kochanków nie są niczym porywającym. Jest to przerywnik dla całej akcji filmu i zarazem zapalnik punktu zwrotnego. Czy ich miłość przetrwa? Odpowiedź znajdziesz podczas seansu lub też domyślisz się, jak to wszystko się zakończy.
Muzykę w filmie mamy mieszaną, dużo techno, ale i coś polskiego się znalazło. Pod tym względem, mam wrażenie, iż w polskiej kinematografii jest coraz lepiej.

Fabuła komedii jest prosta, trochę przydługa i nudnawa. Zwiastun bardzo dobrze zrealizowany, jednak film pozostawia dużo do życzenia. Dlatego nie daj się nabrać i jeśli bardzo Cię nie kusi, odpuść sobie seans na dużej sali kinowej.
Reszty obsady nie wspominam, bo nie ma w zasadzie o czym pisać. Mamy Pazurę czy Królikowskiego, ale to epizodyczne postacie nic nie wnoszące, a i nie dostały wybitnych scen, aby po seansie zapamiętać cokolwiek z ich gry.
Poważnie, jestem bardzo rozczarowany tym widowiskiem, liczyłem na dużą dawkę fajnego humoru, a dostałem bylejakość i to przez duże “B”.
Kryptonim “Polska” oznaczam znacznikiem – “Szkoda czasu”.
Lista śmierci (The Terminal List) od Amazon Prime Video to naprawdę bardzo ciekawa propozycja na deszczowe, wakacyjne wieczory. W roli głównej występuje tutaj lubiany przeze mnie aktor – Chris Pratt. Jest to jedna z najnowszych propozycji tej platformy streamingowej i trzeba powiedzieć, że jakość serialu jest na wysokim poziomie. Serial Lista Śmierci opowiada historię komandosa Navy Seal, który traci swoich kompanów w jednej z planowych misji. James Reece, bo tak się zwie tytułowy bohater, zaczyna odkrywać, co tak naprawdę wydarzyło się na feralnej misji.

Chris Pratt, jako James Reece, ma tutaj nie lada zadanie aktorskie, bo nie jest to lekka produkcja a la Strażnicy, gdzie mamy dużo humoru. Lista śmierci to serial bardziej ponury, z elementami psychologicznymi, jak i dobrym połączeniem dramatu. Dobra fabuła, która wciąga od pierwszego odcinka, plus kunszt aktorski Chrisa Pratta sprawia, że chcesz obejrzeć wszystkie odcinki naraz.
Główną zaletą tego serialu jest tajemniczość i wydarzenia, które na równi nie oszczędzają głównego bohatera czy postaci kluczowych związanych z fabułą. Dodatkowo wychodzą problemy zdrowotne naszego bohatera, jak zawroty głowy, bóle głowy czy zaniki pamięci. To jest rajd po sprawiedliwość za wszelką cenę, gdzie motywy są naprawdę słuszne. W tym wypadku Reece, jak zaprogramowany robot, ma misję, którą wykona za wszelką cenę.

Obsada serialu jest dobrze dobrana, nie ma tutaj słabych postaci, które odstawałyby poziomem czy grały jak przysłowiowe “drewno”. Przyjaciela Reece’a – Bena – gra Taylor Kitsch. Mamy też ciekawą postać reporterki śledczej Kate, którą gra Constance Wu; były wojskowy, a teraz w grupie śledczej, Tony grany przez JD Pardo. Ci aktorzy potrafili stworzyć świetny klimat serialu, który utrzymuje się przez cały pierwszy sezon.
Liczne zwroty akcji i ciągłe odkrywanie nowych kart sprawia, że ogląda się to nad wyraz dobrze. Serial po zakończeniu pozostawia sobie furtkę na kolejne sezony. Aczkolwiek ten sezon każe się traktować jako zamkniętą pewną historię. Jakby nie patrzeć, serial jest na podstawie serii książek, a ich jest cztery. Więc Amazon Prime Video ma pole do popisu i kontynuacji.

Jedynym minusem serialu jest to, że w końcowej fazie pojawiają się zapychacze, które niepotrzebnie wydłużają serial. Przecież nie każdy odcinek musi trwać godzinę. Gdyby dwa ostatnie odcinki skompresować do jednego, pewnie wyszłoby ciut lepiej. Ale wiadomo, zazwyczaj nie łamie się reguł i forma 8 odcinków jest powszechnie znana na platformach streamingowych.
Serial dostaje ode mnie odznakę – wart uwagi. Jeśli lubisz tajemnice, klimat lekko wojskowy i dobrą akcję, to na pewno przypadnie Ci do gustu Lista śmierci (The Terminal List). Myślę, że po seansie przyznasz mi rację, iż było warto.
Serial jest dostępny na platformie Amazon Prime Video. Oczywiście możesz go obejrzeć z napisami, jeśli nie lubisz lektora.
Jurassic World: Dominion rozgrywa się cztery lata po zniszczeniu Isla Nublar. Dinozaury żyją i teraz polują razem z ludźmi na całym świecie. Nikt nie wie, jak doszło do tego, że dinozaury pojawiały się w każdym zakątku świata. Film kończący trylogię, jest wybitnie słaby. Nie potrafię znaleźć żadnego argumentu, który przemawiałby za obejrzeniem tej części.

Co z tego, że fabuła jest kontynuacją, ale taką trochę jak szwajcarski ser. Obsada pozostała praktycznie bez zmian, co zwiastowałoby dobre widowisko. Mamy w obsadzie ponownie Chrisa Pratta, Bryce Dallas Howard czy Isabelle Sermon. Owa trójca gra w filmie główne skrzypce. Firma poluje na Maisie Lockwood, która jest kluczem do rozwikłania zagadki DNA. Oczywiście Owen i Claire za wszelką cenę będą starać się przeciwdziałać temu oraz ratować ich przybraną córkę. Fabularnie cała historia jest bardzo słabiutka i dość nudna. Jest trochę efekciarskiego kina… i to w zasadzie jedyny plus.

Bardzo mnie uderzyło drewniane aktorstwo, które momentami było strasznie nierówne. Odnosiłem wrażenie, iż niektórym formuła tego przedsięwzięcia przestała się podobać i nie czuć było wielkiego zaangażowania.
Przyczepię się do efektów wizualnych, ponieważ tam, gdzie było CGI, to całkiem sympatycznie to wyglądało. Natomiast tam, gdzie prawdopodobnie wykorzystano roboty, plus CGI wyglądało to komicznie, bo odniosłem wrażenie jakbym oglądał wersję pierwowzoru. Ruchy były bardzo nienaturalne i trochę trąciło myszką, jak na 2022 rok.

Muzycznie ciągle bez zmian, jeden i ten sam motyw ciągnący się od dość dawna, znany już z poprzednich części.
W Jurajskim parku: Dominacji zabrakło tego czegoś, co spowodowałoby unikalność widowiska. Na próżno tutaj szukać dreszczyku emocji. Napisałbym: zobacz to sam/sama, ale szkoda jest czasu na tą część. W dodatku po tej części osobiście nie mam ochoty na żadną kolejną!
Na całe szczęście, trylogia dobiegła końca, a rebooty nie powstają tak szybko. Miało wyjść nostalgicznie, a wyszło jak wyszło.
Nie polecam, szkoda czasu na nowe przygody w parku Jurajskim. Aczkolwiek, jeśli chcesz obejrzeć coś dobrego z Chrisem Prattem to zapraszam do recenzji LISTA ŚMIERCI (The Terminal List).
Przepraszam na wstępie… i jest mi źle. A jest mi źle, ponieważ nie zmusiłem się na recenzję po pierwszym sezonie, a już byłem zafascynowany. Wybacz mi, drogi czytelniku, że byłem samolubny i chciałem zachować ten serial dla siebie.
The Boys jest hitem i był już dużo wcześniej. Dopiero teraz fala się rozeszła i dużo osób pisze o fenomenie Chłopaków. O co tyle szumu? A oto, że tu jest krwawo i serial jest dla 18+. Wybuchająca głowa w dobrze znanym Marvelu, to nic przy Chłopakach. Ahhh, no tak, najważniejsza rzecz: to serial o superbohaterach. Tylko takich z prawdziwego zdarzenia, którzy wykorzystują swoją siłę do władzy i nadużyć. Naturalnie są i dobrzy oraz prawi, którzy próbują naprawić świat.

Oglądając pierwszy sezon, trochę było dziwacznie, ponieważ człowiek jest przyzwyczajony do Batmana, Supermana, Kapitana Ameryki czy Dr. Strange’a, a tutaj jakiś sobie chłopek lata w pelerynie i udaje supermana, i w dodatku zwie się HOMELANDER.
Po kilku odcinkach, wgłębiając się w fabułę i relacje między bohaterami, myślisz sobie, że takiego serialu zwyczajnie brakowało. Jest mega super odskocznią od cukierkowatych bohaterów z innych stajni. Marvel czy DC pod tym względem jest już przegrane. Mimo że DC zawsze było mroczniejsze, to wciąż w filmach brakowało czegoś mocniejszego w świecie superbohaterów.

W Chłopakach nikt nie dba o język czy o urwaną rękę. To jest na porządku dziennym. W końcu walka z ludźmi, którzy mają supermoce nie może być sielanką! The Boys to też nie tylko lejąca się krew, ale i bardzo dobrze zbudowane postacie i, przede wszystkim, różnorodne. Nic tak nie działa dobrze na widza, jak charakterystyczne postacie, które po seansie może rozróżnić. Tutaj postaci nie brakuje i widz śmiało może utożsamiać się ze swoimi bohaterami albo ich nienawidzić. Dobrze nakreślone, skrajne charaktery dodają pikanterii przez wszystkie sezony. Bo mamy ich, w tym momencie, już trzy, a kolejny jest w drodze, oraz Spin-Off: Gen V.
Ciężko doszukać się wad w tym serialu. Oglądając każdy odcinek, naprawdę ma się frajdę z tego, jak toczy się fabuła. A fabuła ma naprawdę wiele do zaoferowania, ponieważ skupia się na relacjach międzyludzkich. Jakby to powiedział The Butcher: Supek też człowiek i krwawi. W całej tej otoczce mamy trochę polityki i korpo, które promuje i zarabia na supkach. Wątek niezdrowego podejścia przez korporacje do supermocy też jest niczego sobie. Vought International i Stan Edgar to idealne połączenie wyrachowania w dążeniu do władzy nad “supkami”.

The Boys to wyważony serial i każdy sezon ma osobną podhistorię oraz oczywiście główny wątek, który ciągnie się przez sezony. Opowiada o grupie, która walczy z superbohaterami, nadużywającymi swoich umiejętności, nie przebierając przy tym w środkach. Celem grupy jest zabijanie supków w każdy możliwy sposób, aby położyć kres ich dominacji na świecie. W tym znajdą się również wątki miłosne, jak i rodzinne czy psychologiczne. To naprawdę jest wyważone i żaden element fabuły w zasadzie nie dominuje nad drugim, przy tym poziom narracji potrafi zaskoczyć, a zwroty fabularne wciąż są na dobrym poziomie.

Polecam ten serial pod każdym względem, i to nie tylko fanom superbohaterskich peleryn. Wart jest uwagi i na pewno opłaca się obejrzeć z powodu wyżej wymienionych zalet, bo wad na próżno szukać.
Serial jest dostępny na platformie Amazon Prime i oczywiście posiada polskie napisy. Koszt to obecnie 49 zł / rok po 30-dniowym okresie próbnym.
Ahh, ten Thor, głupiutki i mało zabawny. Mamy rok 2022 i kolejną fazę Marvela oraz kolejny zmarnowany potencjał jaki miał w sobie Christian Bale, grający czarny charakter. Ale po kolei, bo jest nad czym się znęcać!
Thor: Miłość i Grom to marna opowieść dla grupy wiekowej 13+ i nic tu nie da mroczna otoczka i postać, jaką wytworzył Christian Bale, który wciela się w Bogobójcę. Pan Taika Waititi pojechał grubo po bandzie i upodobnienie nowego Thora do Strażników Galaktyki po prostu nie wyszło…

Pierwsze 15 min, gdzie mamy styczność ze Strażnikami jest WTF!? i osobiście nie załapałem tego humoru, który był bardzo specyficzny. Tym bardziej, że nie widziałem żadnej chemii między Thorem a Star-Lordem. Wszystko wydawało się takie wymuszone i naciągane. To nie jedyny grzech tego filmu, który popełnił pan Taika Waititi.
Korg, który opowiada i opowiada, i opowiada… i opowiada. Tak sobie biadoli i opowiada historie wielkiego Thora, które są oczywiście na pewien sposób przerysowane, jak to w opowiadaniach. Jedną opowieść można znieść, ale sposób ciągłej narracji jest po prostu chybiony.

Wątek Potężnej Thor, zarówno miłosny, jak i zdrowotny, ma się nijak do sielankowej edycji Thora. To, co kiedyś działało między Natalie Portman i Chrisem Hemsworthem po prostu znikło bezpowrotnie i doskonale to widać na ekranie. Iskry przestały się sypać.
Jest to czwarty film o Thorze i jest najsłabszym w dziejach. Nawet mógłbym się pokusić o stwierdzenie, że w całym uniwersum MCU. Nie chodzi tutaj w żadnym wypadku o przejedzenie się treściami MCU, ale całokształt tego dzieła…
Na dokładkę dorzucę jeszcze jeden grzech, nie zdradzając zbytnio fabuły oczywiście. Wątek między broniami, ehhh. Młot Mjolnir i Stormbreaker – no tego się nie spodziewałem.
Jak ma być źle, to jest źle! Potężny, groteskowy Zeus, bóg nad bogami, ale z pewnym małym irytującym mankamentem. W rolę wciela się bardzo dobry aktor Russell Crowe. Tylko czemu jego kreacja jest z rosyjskim akcentem. Czyżby tutaj ktoś chciał przyrównać Zeusa do Putina i wtrącił wątek polityczny?

Przejdźmy do tych lepszych rzeczy, które wydarzyły się w Thorze: Miłość i Grom. Będzie tutaj o aktorstwie, ponieważ naprawdę trzeba powiedzieć, że Ch. Bale i jego gra to swoista uczta! (tu bym musiał napisać spoiler). Liczę, bardzo na to liczę, że pojawi się jeszcze w całym uniwersum MCU. Natalie Portman jako Potężna Thor – super! Przemiana fizyczna i cała gra w filmie to jest to, czego się spodziewałem i oczekiwałem. Pozostała część obsady nie wyróżnia się zbyt specjalnie grą.
Do tych lepszych momentów można zaliczyć sceny walki między Thorem, Potężną Thor, Kingiem Valkyrie a Gorrem Bogobójcą.

Muzyka jest rockowa i w zasadzie pasuje do całości, aczkolwiek nawet w tym aspekcie chciano ponownie film przyrównać do Strażników Galaktyki – scena Thora i syna Heimdalla, gdzie się kłócą o imię (Axl, Guns N’ Roses).
Thor: Miłość i Grom to luka w linii czasowej i historia zupełnie poboczna, niewnosząca za wiele w kolejną fazę Marvela. Pominięto tutaj zupełnie czas spędzony ze Strażnikami Galaktyki. A przepraszam, są opowieści Korga. Tak czy inaczej, nie dowiesz się za wiele o tym, co się działo, gdy Thor wyruszył ze strażnikami na poszukiwania Gamory. Jak widać, im szersze uniwersum, tym ciężej zapanować nad wszystkim, aby wszystko działo się w podobnym czasie. Ogłupienie Thora i pójście całkiem w stronę komedii jest błędem, którego już nie wymażemy.

Zdecydowanie to nie jest film, aby iść na niego do kina. Piszę tutaj całkiem poważnie! Poczekaj 60 lub maksymalnie 90 dni i obejrzyj na platformie Disney+.
Sceny po napisach są dwie: pierwsza i druga jest powiązana fabularnie z samym filmem, więc warto czekać do tej drugiej, która jest po samym napisach końcowych! Pierwsza tyczy się Potężnej Thor, a druga samego Zeusa. Tyle mogę zdradzić, nie spoilerując za bardzo.
Doktor Strange 2 otwiera nową, kolejną fazę w epickiej podróży po MCU. Jednak już na wstępnie zaznaczam, że osoby, które nie oglądały seriali z platformy Disney+ mogą mieć problem. A problem polega na tym, że pewne akcje bohaterów wynikają z obecnego stanu rzeczy w linii czasowej po serialu. Mowa tu o serialu “WandaVision” (niedostępny w Polsce), a dopełnieniem byłaby animacja “What if”. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zrozumieć genezę Wandy i Szkarłatnej wiedzmy. Również dzięki “What if” (niedostępny w Polsce) poznajemy multiwersum.
“Doktor Strange w multiwersum obłędu” jest filmem dobrym, z dużą ilością akcji, na którym de facto nie można się nudzić. Nie mniej jednak to multiwersum wcale takie multi nie jest. Pod tym względem eksploracja nie była rozbudowana. Jednak jest kilka niespodzianek, które się potwierdziły, a wcześniej krążyły po sieci. Więc na pewno będzie nie jedno “WOW! Jak fajnie”.

Co zaskakuje w najnowszej odsłonie Marvela to to, że raczej unikał pokazywania krwi i brutalności. A tutaj co nieco Sam Raimi przemycił do filmu, co rodzi pewną niekonsekwentność w całym uniwersum. Czy tak zostanie? Możliwe, bo i widownia już podrosła, a i zbliża się przecież “BLADE”. Tam raczej się nie obejdzie bez jatki.
Benedict Cumberbatch jest po prostu mistrzem w swoim fachu i kreowaniu postaci Strange! Uwielbiam jego szorstki humor i grę aktorską. Tutaj nie inaczej – wypada rewelacyjnie.
Xochitl Gomez jako America Chavez jak na swój pierwszy większy występ przyzwoicie, typowo po Marvelowsku – bez szału. Wprowadzenie tej postaci jest, według mnie, trochę od czapy. Bez jej oryginalnej historii ciężko z nią sympatyzować na ekranie, ponieważ zwyczajnie jest nowa, zagubiona i trochę nieporadna. Z całego filmu dużo się o niej nie dowiesz.

Na duży plus Elizabeth Olsen (Wanda, Szkarłatna wiedźma). Można poczuć jej rozgoryczenie i emocje na ekranie. Dobrze się to wszystko oglądało z jej udziałem, a walki to wisienka na torcie w całym filmie. Szczególnie te walki na jednej z alternatywnej ziemi – po sensie filmowym będziesz wiedział, co mam na myśli. W końcu kto lubi spoilery.
Benedict Wong (Wong) na ekranie jest świetny i dorównuje humorem dr. Strange! Ich wymiany zdań i kąśliwe uwagi są warte każdej sekundy na ekranie.
Studio Marvel można pochwalić, że potrafi montować zwiastuny tak, że nic nie zdradzają nic istotnego z fabuły. Mega szacun za takie podejście. A może to wynika z tego, że oglądam tylko pierwszy, a potem unikam plotek, aby sobie nie psuć seansu? Polecam takie podejście.

Udźwiękowienie filmu jest na poziomie, na który przyzwyczaił nas Disney. Ale ścieżka dźwiękowa jako taka jest średnia, w zasadzie muzycznie nic nie zapamiętałem po seansie.
Fabularnie “Doktor Strange w multiwersum obłędu” wypada całkiem dobrze, ale niestety jest trochę chaotyczny i ciągle gna do przodu. Powoduje to, że mało jest czasu, aby zagłębić się i zatrzymać się na chwilę. Pufff i już jesteśmy w centrum innej akcji. Wątek złego charakteru mnie zaskoczył i nie rozczarował. Jednak patrząc z perspektywy lat, szkoda, że to się tak potoczyło i tak szybko skończyło. Ten wątek śmiało mógłby być pociągnięty do samego końca tej fazy MCU. Pierwsza część Dr. Strange była niemal idealna i lubię do niej wracać. Po drugiej odsłonie jestem nasycony i trochę rozgoryczony, że nie było aż tak dużego efektu WOW. Zdecydowanie ciężko jest się odnaleźć po przedniej fazie MCU zakończonej epicką wojną i walkami oraz poniesionymi stratami, które odcisnęły swoje piętno i są odczuwalne przez bohaterów po dziś dzień. Czy można było lepiej rozpocząć tę fazę i poprowadzić fabułę? Myślę, że tak i ludzie to dostrzegą, w końcu era starych bohaterów powoli się kończy.
Oczywiście rekomenduję wybrać się do kina. Nawet jeśli nie widzieliście wyżej omawianych seriali ze wstępu, to fabuła nadal będzie zrozumiała. Mamy dwie sceny po napisach: jedna jest związana z samym dalszym rozwojem fazy, a druga jest śmieszna i jest oczkiem puszczonym do fanów od Samiego Raimi.