Wszystko z nami w porządku to dokument pokazujący drogę stworzenia niezależnej gry “Lichtspeer”, a głównymi jej bohaterami są Bartek i Rafał.
Ten dokument nie pokaże Ci porównania, ale z całą pewnością otworzy oczy na liczne aspekty i wzmagania z produkcją gry na własną rękę.
UPGRADE wyśmienicie się ogląda, a czas spędzony przed ekranem mignie niczym błyskawica. Świetne aktorstwo i sam koncept fabularny zaskakuje świeżością. Upgrade to dziewięćdziesiąt pięć minut znakomitej rozrywki, osadzonej w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Mroczne umysły to tak naprawdę bardzo wtórna historia dla widza. Dodatkowo film skierowany jest do bardzo młodego odbiorcy, który być może będzie się ekscytował podróżą młodych bohaterów tego widowiska. Z całą pewnością jest to wstęp do historii, którą będą chcieli twórcy jeszcze bardziej rozwinąć.
Zabijam Gigantów idealnie wpasowuje się w kinematografie disneyowskich dramatów, które to są owiane nutką tajemniczości i posypanych szczyptą wyobraźni fantasy. Jednak to nie jest film studia Disney, a równie dobrze się go ogląda. Producenci odpowiedzialni za film stworzyli taki hit jak Harry Potter.
Traffik to film z jednej strony lekko wstrząsający, a z drugiej zbyt pobłażliwy dla widza. Porusza temat bardzo ważny jednak nie zagłębia się totalnie w ciemne mroczne otchłanie tematu i nie wyciąga całej esencji z historii.
Film opowiada o parze Brea (Paula Patton)i Johnie (Omar Epps), Brea to dziennikarka, która chce opisywać wielkie historie dla gazety. Natomiast John to mechanik, który restauruje i buduje mussle cary. Relacja pary ewoluuje i John ma w planach zaręczyny. W ich życiu znajduje się przyjacielska para Malia (Roselyn Sanchez) i Darren (Laz Alonso). Darren jest managerem młodych sportowców i średnio mu w tym biznesie idzie. Jednak jako dobry przyjaciel Johna proponuje mu, aby zabrał Brea na romantyczny wypad do firmowego domku celem niespodzianki i zaręczyn.
Para wybiera się do domku i tutaj zaczyna się splot wydarzeń, który odmieni ich życie na zawsze. Brea spotyka na stacji benzynowej w toalecie kobietę, która bardzo enigmatycznie się zachowuje co nie daje jej spokoju. John natomiast na tej samej stacji ma przygodę dość niemiła z motocyklistami przy świeżo odnowionym wozie. Na całe szczęście, gdy sytuacja robi się gorąca w porę wkracza Pani szeryf (Missi Pyle), która opanowuje sytuacje. Brea i John udają się w dalszą drogę jednak to nie koniec ich kłopotów, ponieważ jeden z motocyklistów ich śledzi i dochodzi do groźnych sytuacji na drodze. John pozbywa się motocyklisty zmuszając go do zjechania z drogi i na ten moment sytuacja wyda się opanowana. Jednak to nie koniec przygód pary, gdyż Brea odkrywa w swojej torebce podrzucony satelitarny telefon, do którego nie powinna zaglądać. Jednak prawdopodobieństwo zrobienia dużego materiału z historii, jaką znalazła w telefonie wygrywa co będzie naszą bohaterkę bardzo dużo kosztować.
Traffik w swoim scenariuszu jest ciut zbyt banalny, a akcja dzieje się bardzo skokowo gdzie widz ma wrażenie jazdy na fali. Na grę aktorską nie ma co narzekać jednak dużym klimatem film niestety nie grzeszy. Mamy kilka zwrotów akcji co stanowczo sprawia, że film ogląda się ciekawiej. Temat handlu kobietami zawarty w filmie zasługuje z całą pewnością na znaczne szersze omówienie niż taki pojedynczy epizod, który został przedstawiony. To dość ciekawe jak splot wydarzeń oraz przypadku sprawia, że odpowiednia osoba znajduje się w odpowiednim momencie. Historia warta uwagi widza ze względu na to, że problem jest globalny. A przez to, że sam proceder jest bardzo dochodowy nie tak łatwo z nim walczyć co pokazuje sam Traffik. Szkoda, że fabuła nie poszła bardziej w ciemną stronę i nie pokazała więcej od strony handlarzy, a skupiła się tylko poniekąd na życiu dziennikarki.
Kiss Me First to serial, który kroczy tymi samymi ścieżkami co polski nagradzany film “Sala Samobójców”. Zarówno film, jak i serial budzi skrajne opinie, jedni uważają, że jest super, a inni totalny nie wypał. Jeśli chodzi o film moje zdanie jest takie, że był bardzo dobry. Więc jeśli film Ci się podobał to i spodoba Ci się nowy serial “Kiss Me First”.
Serial z całą pewnością jest serialem niszowym i nie wszystkim przypadnie do gustu, ponieważ porusza problemy dość istotne dla pojedynczej jednostki ludzkiej. Obsada serialu to głównie młode osoby i mało znane postacie, a przynajmniej mnie osobiście bliżej nieznane.
Kiss Me first to serial o młodych ludziach z problemami w swoim życiu jak głębokie depresje czy traumatyczne przeżycia, a jedyna ucieczka, jaką widzą to świat wirtualnej rzeczywistości Azany. Azana to wirtualna planeta, na której możesz się wyżyć i powalczyć z innymi. Jednak ten świat skrywa swoje tajemnicze miejsce, gdzie nie wszyscy mają dostęp, a tylko wybrani.
Leila to główna postać, która odnajduję się w nowej sytuacji po stracie matki. Zaczyna nowe życie, które zmuszą ja do znalezienia pracy oraz wynajęcia pokoju tak, aby starczyło jej na przeżycie. W wynajętym pokoju zamieszkuje Jonty młody śmieszny chłopak, który chce zostać aktorem. Mimo woli zarówna Leila jak i Jonty nawiązują swoistą nic porozumienia. Leila często odwiedza świat Azany i tam stara się uciec od przygnębiającej rzeczywistości oraz samotności.
Tym sposobem nasza główna bohaterka Leila aka Shadowfax napotyka Tess aka Mania, która ta pokazuję Leili, że istnieje coś więcej w tym wirtualnym świecie. Odizolowany piękny świat kreowany przez bardzo tajemniczego użytkownika Adriana, a bowiem on ma władzę nad tą cząstką świata. Leila i Tess zaprzyjaźniają się w realnym świecie i doskonale się dogadują. Leila spokojna po stracie matki próbuje jakoś przetrwać, a Tess z problemami psychologicznymi ucieka w dragi i imprezy. Obie są skrajnymi przeciwieństwami, a jednak potrafią na siebie doskonale terapeutycznie oddziaływać. Tess to nie jedyna postać, którą spotyka się w czerwonej pigułce. Pozostali uczestniczy tajemniczego świata to rozgadana Tippi, Denier młody nieśmiały chłopiec, nierozłączna para Jocasta i Force oraz przygnębiony Calummy jak i aspirujący na mentora Adrian.
Jednak ten świat ma swoje tajemnice i krótko po dołączeniu Shadowfax dochodzi o tajemniczego samobójstwa Calummiego, którego to przez przypadek jest światkiem Leila. Nasza główna bohaterka zaczyna szybko dostrzegać jaki zły pływ na uczestników ma Adrian. Leila na własną rękę próbuje rozwiązać zagadkę jednak nie przyje jej to łatwo ponieważ w między czasie Tess znika bez śladu. Adrian jako główna antagonistyczna postać nie da łatwo za wygraną i zrobi wszystko, aby dalej wdrażać swój plan. Tym sposobem ścieżki Leili i Adriana będą się często przeplatać, jednak to on będzie wyznaczał kierunek i dyktował warunki gry.
Wracając do postaci, które są różnorodne i każda z nich reprezentuję inne spojrzenie na świat poprzez swoje problemy. To właśnie sprawia, że są one ciekawe i chętnie dowiadujemy się o i przeżyciach oraz przeszłości. Z całą pewnością efekty specjalne czy urządzenia używane do VR są tutaj drugorzędne i ten aspekt nie jest zbyt porywający.
W serialu mamy powiązania kulturowe jak “czerwona pigułka” z matrixa czy świat Azany, wzorujący się na Player One, aczkolwiek mam wątpliwości, aby był bezpośrednio inspiracją z racji zbieżnego wydania zarówno filmu, jak i serialu. Kiss Me First to sześcioodcinkowy serial, który posiada nawet zgrabne zakończenie jednak zostawia sobie furtkę do następnego sezonu. Z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że serial jest wart uwagi jeśli kręcą Cię psychologiczne wątki. Natomiast jeśli Cię nie zainteresuje po pierwszym odcinku odpuść sobie bo będziesz się męczył.
Nowa produkcja spod znaku Marvela to zakończenie pewnego etapu i podsumowanie Avengers Wojna Bez Granic. Każdy fan raczej się zastanawiał co się stało z Ant-Man’en i gdzie się podziewa, gdy toczy się wojna o największym znaczeniu dla wszechświata.
Scott Lang (Paul Rudd) jako Ant-Man nadal jest roztrzepanym facetem, który kocha ponad wszystko swoją córkę oraz podkochuje się w Hope co widać w każdej ze scen gdzie są razem. Ant-Man w tej części jest zdecydowanie lepsza wersja siebie niż w części pierwszej ująłbym to jako Ant-Man v2.0.
Na ekranie bardzo dobrze się ogląda w akcji Hope (Evangeline Lily), jak i Ghost graną przez (Hannah John-Kamen). Obie panie doskonale sobie radzą w scenach akcji, gdzie trzeba wykazać się sztuka akrobatyczną. Bardzo udana, krotka, bo krotka rola matki Hope (Michelle Pfeiffer) za to doskonale udało się jej się zatopić w świat komiksowych bohaterów. Mąż Dr. Pym (Michael Duglas) nie zawodzi w końcu to aktor o ogromnym doświadczeniu.
Koniecznie muszę zwrócić uwagę jeszcze na Luisa (Michael Pena), który w wydaniu Marvela świetnie operuje humorem i scenki z nim to kawal dobrej roboty. Z cala pewnością odnalazł się w filmie Ant-Man i Osa.
Druga część jest definitywnie lepsza niż pierwsza odsłona przede wszystkim jest dużo ciekawsza. Mamy tajemniczą postać Ghost, mamy dawnych współpracowników Dr. Pyma i oczywiście równie ważny wątek z Osą. Wszystko to układa się w całość, a przekaz historii jest bardzo jasny dla fana. Cały film ogląda się wyjątkowo dobrze i jest to idealny przerywnik przed kolejną odsłoną Avengersów, który domyka całość historii do chwili wymazania. Jest dużo humoru i nie jest on wymuszony co jest na duży plus, a to w większość zasługa wspomnianego wyżej Michaela Pena. O efekty specjalne nie musisz się martwić, bo są na najwyższym poziomie. Obsada jako całość zagrała jak trybiki w zegarku idealnie dostosowując się do obecnej sytuacji w całym uniwersum. Marvel miał bardzo ciężkie zadanie, aby opowiedzieć dobrze historie, gdzie wszyscy mają jeszcze świeży obraz w pamięci i wydarzenia z Avengersów.
W Ant-Man i Osa jest wszystko za co tak uwielbiamy Marvela mimo, że te historie zbytnio od siebie się nie różnią. To jednak każdy idzie do kina podekscytowany i w głowie ma tylko co wydarzy się dalej. Marvel potrafi opowiedzieć historie z rozsypanych puzzli i ułożyć to w cały szeroki kolorowy komiksowy obraz. Nie wiem jak oni to robią, ale robią to doskonale!
Ant-Man i Osa to idealna rozrywka czy to w weekend, czy w tygodniu. W filmie znajdziemy jak nas do tego przyzwyczaił Marvel dwie sceny po napisach. Jedna jest zdecydowanie warta uwagi i jest to pierwsza scena zaraz po wstępnych napisach. Na drugą trzeba czekać do samego końca i ona nie wnosi zbyt wiele, chociaż można by tutaj wysnuć pewną teorię. Koniecznie zostań na tą pierwszą i zwróć uwagę co mówi Janet do Scotta.
NETFLIXie fajnie, że robisz dużo science fiction, ale rób to z większym rozmachem… Kolejny średniak, który niczym nie zaskakuje, a i czasem oglądając ma się wrażenie, że to niższej klasy budżetowiec. Od czasów ANIHILACJI ciężko o coś lepszego i oryginalnego w sferze SF na platformie NETFLIXa.
Zarys fabuły “Zagłady” prezentuje się w następujący sposób. Nękany koszmarami Peter o inwazji obcych ojciec rodziny musi zmierzyć się ze swoją przerażającą wizją, gdy istoty pozaziemskie zaczynają eksterminować mieszkańców Ziemi. Przez swoje problemy ze snem jego rodzina zaczyna się od niego oddalać. Nawet żona Alice zaczyna podejrzewać, że Peter zaczyna wariować.
Peter (Michael Peña) jest tutaj postacią pierwszoplanowa jednak jego postać jest ospała i przynudzająca. Nawet gdy ma okazje się wykazać w walce nie wygląda to zbyt przekonywująco na ekranie. Peter przez cały czas błądzi w swoich otchłaniach koszmarów i co rusz ma wizję nadchodzącej przyszłości. Alice (Lizzy Caplan) nie patrzy przychylnie na męża, który ma coraz więcej problemów z koszmarami, ale też nie wspiera go zbytnio. Alice również na ekranie nie jest wulkanem energii. Peter i Alice posiadają dwójkę dzieci Hannah i uroczą, ale strasznie irytującą Lucy. Lucy niejednokrotnie w każdej możliwej scenie, nie słucha nikogo naglę staje przerażona itd. Jest to tak często powielany schemat przez co widza zaczyna drażnić takie zachowanie i nagłe przystopowania dynamicznych akcji.
Pierwsze akty filmu są niezbyt wciągające nudny Peter i jego niezbyt ciekawe życie, urozmaicenia dodają tylko jego wizje koszmarów z najazdem obcej cywilizacji. Gdy okazje się, że Peter ma racje następuje nie oczekiwany zwrot akcji uwaga lekki spoiler. Te wizje to nie przyszłość, a nękająca go przeszłość. Zdecydowanie druga część filmy jest znacznie ciekawsza i odkrywa przed nami kolejne tajemnice mieszkańców ziemi. Najeźdźcy z kosmosu też mają swoje sekrety, o których dowiadujemy się w końcowych fazach filmu. Kim są najeźdźcy z kosmosu i czy słusznie atakują ziemie? Na całe szczęście dostajemy odpowiedzi i nie ma żadnego finalnego cliffingera.
Efekty specjalnie do najwyższej, póki zdecydowanie nie należą myślę, że gdyby film znalazł się na ekranach kin to okazałby się finansową klapą. Na mniejszym ekranie w końcu wszystko jest mniejsze 😉
Pochwalić mogę “Zagładę” za sam koncept, ponieważ jest bardzo fajny jednak zdecydowanie brakuje rozwinięcia pewnych wątków. Fabuła wydaje się zbyt bardzo spłycona tak, aby szersza publika mogła ją dostatecznie zrozumieć. Nie chce się za bardzo wdawać w szczegóły bo spoiler byłby psujący całe widowisko, a więc pozostaje wam obejrzeć jeśli jesteście ciekawi co wydarzyło się podczas zagłady. Jeśli przetrwacie 30 min to później będzie ciekawiej i znaczniej lżej będzie Ci się oglądać to widowisko.
Słowem kończącym, zastanawiam się czy producenci liczą na kontynuacje w stylu “Zagłada – odwet” film zostawia sobie sprytnie furtkę w prawdzie tunel się zawala, ale pociąg mknie dalej.
Drapacz chmur (Skyscraper) to film, po którym można by się spodziewać wiele jednak podczas seansu niczym Cię nie zaskoczy. Tak wiele jest w tym widowisku naciąganych scen, że czasem aż ciężko się na to patrzy. Nie mam nic przeciwko naciąganiu grawitacji i tym podobnym fantazjom w filmach pod warunkiem, że raz jest to robione z głową, a dwa takie typu sceny zdecydowanie preferuję w widowiskach blockbusterowych.
Obsada drapacza obfituje nam w najlepiej obecnie zarabiającego aktora (2018), czyli Dwayne Johnson (Will Ford), który wciela się w byłego wojskowego, a obecnie konsultanta od bezpieczeństwa. Will wraz z partnerką Sarah Sawyer (Neve Campbell) oraz synem (Noah Cottrell) i córka (McKenna Roberts) przebywają w najwyższym budynku świata, który również ma być najbezpieczniejszy. Drapacz chmur jest spełnieniem marzeń wybitnego biznesmena Zhao Long Ji (Chin Han), który zainwestował ogromne sumy w jego wybudowanie. Aby uwieńczyć swój sukces to Will jako niezależny ekspert będzie musiał przygotować raport finalny dotyczący zabezpieczeń budynku.
Jak to bywa w filmach akcji coś musi pójść nie tak i tak też tym razem się dzieje, ponieważ budynek staje w ogniu! Rodzina Willa zostaje odcięta od drogi ewakuacji, a płonący budynek zmuszą rodzinę do ucieczki ku górze, lecz tam czyhają na nich inne niebezpieczeństwa. Jako że Will znalazł się na drugim końcu miasta sprytnie zwiedzony przez przyjaciela z dawnej jednostki wojskowej musi teraz czym prędzej dotrzeć i postarać się uratować rodzinę. Akcja goni akcje i nie można się nudzić na filmie co jest plusem. Jednak gdy dochodzi do wyprzedania scen względem fabuły to widz dostaje spoilera po którym wie co się za chwilę wydarzy. Will będący na dźwigu próbuje zahaczyć hak o budynek udaje mu to się po czym po chwili jest ułamek sceny, że hak się luzuje i lada moment odczepi się. Po 30 sekundach hak rzeczywiście odpada od budynku, ale Will jest na wszystko przygotowany, mimo że posiada protezę nogi daje radę skoczyć z dźwigu i dostaje się do budynku. Takich scen jest wiele, a pokazana odległość jest nie możliwa do przeskoczenia dla zwykłego zjadacza chleba jednak Will niczym Robocop pokonuje tą przeszkodę. Takich scen sugerujących, że za moment coś się wydarzy jest zbyt dużo i psuję to trochę zabawę podczas oglądania, ponieważ znika element zaskoczenia.
Oczywiście palący się budynek to za mało, bo mamy przeciwnika, z którym będzie musiał się zmierzyć Will. Antagonistą jest Kores Botha (Roland Møller), który to działa na usługach czterech przestępczych syndykatów. Otóż ma on za zadanie odzyskać pendriva oraz uprowadzić Zhao Long Ji. Akcja już w samym budynku toczy się bardzo dynamicznie i z minuty na minutę przyspiesza, gdzie kolejne elementy fabuły są odkrywane. Film w swojej budowie jest bardzo prosty dostać się do budynku i uratować rodzinę za wszelką cenę.
Czy polecam kino, jeśli chodzi o “Drapacz Chmur”? Nudzić się nie będziesz na pewno, a jeśli absurdy Ci nie przeszkadzają to śmiało. Jednak jeśli kolą Cię w oczy skoki na 20 metrów i w każdej możliwej scenie w filmie, gdzie Twoja wyobraźnia będzie Ci podpowiadać, że coś pójdzie nie tak. To zdecydowanie odpuść sobie!
Muszę przyznać, że pierwsze 30 min zapowiadało ciekawy seans, lecz te wszystkie sceny, które miały budować napięcie są na tyle przesadzone, że ciężko tego nie zauważyć. Jestem rozczarowany tym widowiskiem, ponieważ nie dostarczył mi on takiej dawki adrenaliny jaką bym sobie życzył. Stąd też ocena w moim osądzie nie jest zbyt wysoka.
Nowa świeża propozycja od NETFLIX “How It Ends” po trailerze zapowiadała się bardzo interesująco i klimatycznie, a wyszło no właśnie kolokwialnie jak zawsze. Prawie dwie godziny widowiskowego filmu post apokaliptycznemu nie wróć widowiskowość to tylko ostatnia scena.
Zacznijmy od obsady, bo ta wydaje się całkiem porządna i tak na ekranie zobaczymy Forest Whitaker (Will ojciec Sam), Theo James (Will chłopak Sam) i Kat Graham (Samantha córka) oraz epizodyczne postacie plus Grace Dove (Ricki mechanik). W zasadzie cały film ciągnie tylko Forest z racji mocnego charakteru, a przy nim Theo wypada średnio i bez wyrazu. Jednak to kwestia postaci odgrywanej w filmie przez Theo James. Jestem rozczarowany tak mała rolą Kat Graham, bo uważam, że w końcu rozwinie skrzydła i będzie z niej jeszcze gwiazda pokroju Halle Berry.
Całe widowisko to tak naprawdę gra dwóch postaci ojca Toma i Willa, a cała reszta to tło i nawet dłużej na ekranie goszcząca Ricki nic ciekawego nie wnosi, bo jej postać jak szybko się pojawiła tak i szybko znika. Fabularnie jest prosto mamy zdarzenie bliżej nieokreślone na skalę kraju, o którym nic nie wiemy i nasi główni bohaterowie przemierzający przez pół kraju, aby odnaleźć Sam. Całe wydarzenie jest o tyle tajemnicze, że dostajemy tylko szczątkowe informacje jak odwołanie wszystkich lotów, a telewizyjne newsy informują o rzekomym trzęsieniu zmieni oraz braku elektryczności. W filmie często widzimy wojsko jednak, mimo że ojciec Sam jest byłym wojskowym to nie jest nam dane, aby użył swoich kontaktów i nam widzom zdradzić co tak naprawdę się wydarzyło.
I tak te dwie godziny nam lecą na podróżny do Seattle, gdzie nasi bohaterowie pokonują kilometry i borykają się z coraz to bardziej postępującym chaosem, który ogarnia tą cześć kraju. W zasadzie nie nudzimy się w tej podróży bo dzieje się nawet wiele na ekranie i akcja pcha fabułę do celu. Gdy wreszcie dostajemy obraz Seattle to wygląda jak po katastrofie. Zniszczone przedmieścia wysokie wieżowce jak po wybuchu sporej bomby, a na dodatek wszędzie unoszący się trujący dym. I tutaj nadal tylko możemy się domyślać co tak naprawdę się wydarzyło.
Finalnie klimat filmu jest dość wciągający ze względu na naszą ludzką ciekawość. Jednak to jest jeden z tych filmów, gdzie po seansie sami będziemy musieli sobie dopowiedzieć co się wydarzyło. Osobiście nie znoszę takich zakończeń, bo za każdym razem czuję się oszukany, gdzie mój czas został zmarnowany. I tak z ciekawie zapowiadającego się filmu dostaliśmy wydmuszkę bez głębszej genezy.