Przejdź do treści głównej

Tag: 2021

Stacja jedenasta – SF, które warto zobaczyć!

Na platformie HBO MAX jest sobie niepozorny serial postapokaliptyczny z elementami dramatu. A jest nim Stacja jedenasta, która opowiada szereg bardzo różnych ludzkich historii, spotykających się ze sobą w zaskakujący sposób, na przestrzeni dość długiego czasu. Serial przedstawia osoby przed, w trakcie i po apokalipsie. Przeskoki czasowe są tutaj bardzo ważnym elementem, aby zrozumieć cały serial. Z całą pewnością nie jest to serial, gdzie można tylko słuchać i w międzyczasie zajmować się innymi rzeczami. Należy do niego podejść na poważnie i obejrzeć w pełnym skupieniu, aby czerpać z niego 100% radości. Mamy tutaj do czynienia z piękną historią i bardzo ciekawą fabułą, w której im bliżej końca, tym bardziej wszystko się spina w spójną całość. Przez co wynagradza nam to spędzenie tych kilku godzin przed ekranem telewizora. Ale spokojnie, serial ma tylko jeden sezon, który składa się z 10 odcinków. W tym miniserialu zamyka się cała historia.

Historia Stacji jedenastej toczy się na przestrzeni 20 lat, przez co złożenie tego w całość było nie lada sztuką. Bo to nie jest typowe SF, gdzie mamy lasery, statki kosmiczne itp. Tutaj mamy głębię, rozmyślania i sztukę przetrwania. Sposób opowiadana jest nielinearny, to znaczy, że skaczemy po linii czasu i zapoznajemy się z naszymi bohaterami. Główne role tutaj odgrywają Kirsten oraz Jeevan, ale też przewijać się będzie aktor Arthur Leander. W zasadzie te trzy osoby są spoiwem całego opowiadania w Stacji jedenastej. Dodatkowo, w całym serialu powraca motyw wydanego w kilku egzemplarzach komiksu science fiction, w którym ukojenia szuka nie tylko mała Kirsten. Ale ten element historii ma swój ciekawy wątek, który również spójnie się zamyka.

W super krótkim skrócie fabularnym bezspoilerowym: Jeevan pomaga małej Kristen dostać się do domu, gdy wybucha śmiercionośna pandemia na całym świecie. Przeciążone linie telefoniczne, brak kontaktu z rodzinami Kristen sprawia, że Jeevan postanawia przygarnąć na chwilę młodą dziewczynkę. Jest to ich pierwsze spotkanie w życiu, więc oboje mają moralne obawy przed ofiarowaniem pomocy i otrzymaniem jej.

Podczas przeskoku czasowego Kirsten i “Wędrowna Symfonia” wystawiają Szekspira, tak naprawdę, kiedy to świat się skończył i trwa jego odbudowa. Tworzą muzykę, piszą, rysują, szyją kostiumy na scenę i pokazują dookoła, że nawet jeśli nic już nam nie zostało z tego świata, to pozostaje jeszcze kultura, jako ostatnia deska ratunku, która sprawia, iż zapominamy o codziennych problemach.

Przyznam się, że nie dawałem dużej szansy temu serialowi… Po opisie mówię sobie “no nie, kolejne The Walking Dead. Kolejna epidemia, która nic nie wnosi i kręcimy się wkoło, bo jest teraz taki trend”. Jakie było moje pozytywne rozczarowanie, iż jest to zupełnie inna historia pełna emocji i nowatorskiego podejścia do przetrwania w tych, a nie innych czasach śmiercionośnej epidemii grypy. Szereg wątków sprawia, że pozornie rozrzucona fabuła pięknie się skleja w całość.

Stacja jedenasta jest dostępna na platformie HBO MAX.

Stacja jedenasta – HBO MAX – zwiastun

Nie patrz w górę – Paradoksalnie słaby

Nie patrz w górę to film paradoksalnie słaby i ze zmarnowanym potencjałem. Obsada tego filmu jest wybitna, gra nawet przyzwoita, ale cały scenariusz i realizacja jest po prostu ciężka do strawienia.

Rzućmy okiem na obsadę, bo pod tym względem jest na bogato! Leonardo DiCaprio (Dr Randall Mindy), Jennifer Lawrence (Kate Dibiasky), Meryl Streep (Prezydent Janie Orlean), Cate Blanchett (Brie Evantee), Rob Morgan (Dr Teddy Oglethorpe), Jonah Hill (Jason Orlean), Mark Rylance (Peter Isherwell), Tyler Perry (Jack Bremmer), Timothée Chalamet (Yule), Ron Perlman (Benedict Drask), Ariana Grande (Riley Bina), Kid Cudi (DJ Chello), Himesh Patel (Phillip), Melanie Lynskey (June Mindy), Michael Chiklis i inni. Można powiedzieć, iż sami aktorzy powinni zagwarantować wysoką jakość produkcji. Nic bardziej mylnego!

Nowa produkcja Netflixa – Nie patrz w górę – jest długa, nudna i paradoksalnie słabą produkcją. Ktoś powie, że to komedio-dramat, ale elementów komediowych tam nie znajdziemy. Bardziej parę sfrustrowanych naukowców, którzy chcą przekazać, iż koniec ludzkości jest bliski. Gdzie najwyższe władze plus dziennikarze ich, potocznie mówiąc, “zlewają”.

Rozumiem, w którą stronę to przerysowanie szło, Panie Adamie McKay – notabene reżyser filmu. Połączenie filmu katastroficznego z komedią jest totalnym niewypałem. Nie dlatego, że obsada zawodzi, tylko dlatego, iż brakuje tu dreszczyku emocji. Zagrożenia, jakie powstają w przypadku wykrycia zdarzenia globalnego. Wydaje mi się, iż nasza inteligencja nie pozwala nam traktować tego typu wydarzeń dla jaj. Przez co irracjonalne zachowanie polityków bardziej irytuje, niż bawi!

Kolejnym mankamentem jest praca kamery. Odniosłem wrażenie, że miało to być kręcone z osoby trzeciej à la uczestnika wszystkich wydarzeń. Taka osoba, która trzyma kamerę i jest członkiem ekipy aktorskiej. Te najazdy, ciecia w ogóle mi nie pasowały do narracji.

Nie patrz w górę to takie połączenie poważnej gry Leonarda DiCaprio oraz Jennifer Lawrence z komediowymi duchami Meryl Streep i Jonaha Hilla. Kontrast jest na tyle duży, że razi odbiorcę. Po pierwszych 20 minutach, może po godzinie, miałem ochotę wyłączyć tę spektakularną klapę. Ale doszedłem do wniosku, że będzie to idealna recenzja, która pokazuje, na które filmy nie warto tracić czasu!

Don’t look up (Nie patrz w górę) – omijamy szerokim łukiem i nie dajcie się nabrać na znakomitą obsadę.

Nie patrz w górę – Zwiastun PL

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni – Recenzja

Po bardzo długim okresie wreszcie nowy film Marvela trafił na ekrany. Celowo pomijam Czarną wdowę, ponieważ nie rozpoczynał on żadnej fazy, a raczej był zapchajdziurą o wiele spóźnioną w całym uniwersum. Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to tak zwany “origin story” bohatera Shang-Chi.

Historia dalekiego wschodu, ale osadzona po części w amerykańskiej rzeczywistości. Nasz bohater skrywa swoje sekrety, które podczas seansu wychodzą na jaw jeden po drugim. Shang-Chi, w towarzystwie wieloletniej przyjaciółki Katy (Awkwafina), udaje się na Wschód, aby ostrzec swoją siostrę Xialing przed możliwym zagrożeniem. Na jej życie prawdopodobnie czyha ich własny ojciec, czyli legendarny przywódca organizacji Dziesięciu pierścieni, Xu Wenwu (Tony Chiu-Wai Leung) aka Mandaryn. To dopiero tutaj akcja się rozpędza i przyspiesza z minuty na minutę.

Xu Wenwu, który sobie żyje od kilku tysięcy lat, postanawia odnaleźć zmarłą żonę. A do tego zadania potrzebne mu są własne dzieci. Shang-Chi, Katy i Xialing nie godzą się na podejście ojca, który chce zdziesiątkować mistyczną wioskę.

Trzeba przyznać, że walki są na bardzo wysokim poziomie i ogląda się je bardzo przyjemnie. Jednak brakuje tutaj trochę typowego azjatyckiego kina kopanego. Wszystko jest powściągnięte i przygotowane pod amerykańskiego widza. Z jednej strony może to i dobrze, bo gdyby amerykański widz zobaczył latających ninja czy wojowników, mógłby to źle odebrać i pomyśleć “WTF?”.

Przyczepić się można do animacji, a przynajmniej tych w początkowej fazie, gdy walka rozgrywa się w autobusie. Sprawne oko wyłapie, o czym mowa, reszta będzie zafascynowana walką. Tak czy inaczej, mogę napisać, że pozostała część jest w porządku. Nie uprzedzając faktów, jest na co poprzeć w finałowej walce, aczkolwiek jest stanowczo zbyt prosta i krótka. W końcu w tej fazie należałoby się mierzyć już z zawodnikami co najmniej pierwszoligowymi.

Fabuła nie jest zbyt pokręcona, więc nikt nie powinien mieć problemów z jej zrozumieniem. Nie jest to też film mega zwrotów akcji, jak to bywa w filmach wprowadzających nowe postacie.

Pewną miłą niespodzianką jest gościnny występ Wonga, tego od Doktora Strange. Szkoda, że Marvel nie idzie głębiej tą ścieżką, przez co wszystkie historie lepiej by się zazębiały. Nadal nie dostajemy wyjaśnienia co Wong robi z Abominacją. Ale coś czuję, że w kolejnej części Doctor Strange in the Multiverse of Madness, się dowiemy.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to takie małe dalsze, nieśmiałe wprowadzenie do multiwersum filmowego. Marvel musi po części wszystko tłumaczyć teraz dwa razy. Raz dla widzów seriali, a drugi dla widza kinowego, ponieważ te dwie grupy nie zawsze będą się pokrywać.

Tu mam pewną obawę. O ile widzowie z innych kontynentów doskonale sobie radzą z zawiłą fabułą łączoną na wiele filmów, to amerykański widz już nie bardzo. Co już nieraz pokazywały seriale anulowane ze względu na skomplikowaną fabułę. Trzymam kciuki, aby tym razem tak nie było w przypadku marvelowskich filmów. Oby to wszystko było dobrze zaplanowane i zgrane ze sobą.

Jak najbardziej polecam wybrać się do kina. Dobra rozrywka na wysokim poziomie. Pokazywane zwiastuny nie zdradzają za wiele, więc tym bardziej przyjemnie się ogląda film, gdy dostajesz objawienie… “aaa to tak wygląda naprawdę”.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to lekka przygoda, na której nie będziecie się nudzili. Polecam!

Ps. Są dwie sceny po napisach, więc warto zostać do samego końca.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni – zwiastun PL

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) – Recenzja

Studio Disney przyzwyczaiło nas do pewnego poziomu swoich rodzinnych, familijnych, przygodowych produkcji. Wyprawa do dżungli pod względem obsady aktorskiej jest lekko nietrafiona. Po seansie ciężko mi określić, do jakiego widza ten film jest skierowany. Do bardzo młodego na pewno nie, bo nic specjalnego dla dzieci tam nie ma. Do starszego? Też raczej nie, bo więcej w filmie fikcji niż realnych faktów.

Odniosłem wrażenie, że Disney zwyczajnie potrzebował czegoś innego na ten moment. Taką zapchajdziurę w swoim kalendarzu premierowym. Jungle Cruise powinien od razu trafić na platformę VOD, a premiera kinowa nie powinna mieć miejsca. Fabularnie jest naprawdę cienko. Lecimy po sznurku bez żadnych spektakularnych zwrotów akcji. W dodatku wymuszane teksty, które miały bawić widownię, są tak zwanymi sucharami. Dwayne Johnson (Frank) jest przeniesiony wprost z Jumanji. Nie ma w tej postaci żadnego powiewu świeżości. Emily Blunt (Lily) za to bardzo przyzwoicie, z przysłowiowym kopem. Jesse Plemons (Prince Joachim), najbardziej irytująca postać w całym filmie, która chyba miała być tą zabawną i zarazem antagonistyczną. Wyszło irytująco i mało śmiesznie. Niemiecki akcent i rozpieszczone zachowanie całkowicie zrujnowało wizerunek, w moich oczach, dla tej postaci. Z każdym wypowiadanym zdaniem miałem ochotę zakończyć seans filmowy.

Fabuła, cóż, w skrócie można opisać tak: charyzmatyczny Frank, który jest kapitanem łodzi, boryka się z finansowymi problemami. Trafia na odważną badaczkę Lily, która przedstawia mu ciekawy plan na dotarcie do drzewa życia, aby zdobyć kwiaty. Na przeszkodzie stanie im Książę Joachim oraz starzy znajomi, których to spętała klątwa na wieki. Więc to taki miszmasz JumanjiPiratów z Karaibów.

Wizualnie, jak na studio Disneya przystało, jest miło, na poziomie i przyjemnie. Szczególną uwagę przykuwa Proxima, “mały” kotek.

Muzycznie jest spaprane, niestety, i tu mam największy zarzut. Podkład daje orkiestra i było to fajne w przypadku Piratów z Karaibów. Tam muzyka była dobrana perfekcyjnie. Tutaj mamy coś na zasadzie spektaklu teatralnego, gdzie natężenie czy też rozwój akcji nie zgrywa się z tym, co widzimy na ekranie. Kuło mnie to po uszach, jak i psuło odbiór. Brakowało mi w tym wszystkim przekazu o większej amplitudzie emocji, takich z pompą!

Wyprawa do dżungli (Jungle Cruise) jest dla mnie w odbiorze bardzo, ale to bardzo przyzwoitym średniakiem. Ponieważ chciano upakować w jeden film kilkanaście dobrze znanych motywów z innych produkcji wyszło nijako. Ani to Piraci z Karaibów, ani Indiana Jones, ani nawet nie Jumanji. To kolejny film z wyprawą do dżungli.
Kina nie polecam, a tym bardziej wypadu całą rodziną, gdyby to ten film Wyprawa do dżungli miałby być główną atrakcja dla dzieci.

Ps. Polecam nie oglądać zwiastunów, jeśli planujecie seans.

Wyprawa do dżungli – zwiastun pl

Resident Evil: Wieczny mrok – Netflix zwistun

Netflix jest w trakcie tworzenia realistycznej animacji w uniwersum Resident Evil. Po raz kolejny zobaczymy Clair i Leona.
Klimat na starcie już przypomina Resident Evila 2 co zwiastuję nowa wspaniałą przygodę w świecie zombi.

Premiera: Lipiec 2021

Resident Evil: Wieczny mrok – Netflix PL

Kruk. Szepty, które słychać nocą – amerykańskie podejście

Sześcioodcinkowy serial o siatce pedofilów i problemach psychologicznych osób, które przeszły przez taki koszmar. Serial z podejściem amerykańskim, gdzie nie ma owijania w bawełnę. Polska produkcja, ale czuć tutaj ten powiew serialu zza oceanu. To dobra wiadomość, bo warto się wzorować na dobrych produkcjach, które osiągnęły sukces.

Główny bohater, Kruk (Michał Żurawski), jedzie do Białegostoku, aby zająć się przemytem papierosów. Jednak ma też ukryty cel – zdemaskować siatkę pedofilów. Kruk napotyka niespodziewane kłopoty i w międzyczasie musi zająć się porwaniem niewidomego dziecka – wnuka lokalnego bosa mafii, Zygmunta Morawskiego (Jerzy Schejbal).

Serial oferuje dużo emocji i jeszcze więcej zagadek. Aczkolwiek dwa pierwsze odcinki są najsłabsze ze wszystkich, bowiem akcja toczy się niczym wyścig ślimaków i nie bardzo wiadomo, o co chodzi głównemu bohaterowi. Natomiast kolejne odcinki to już inna liga! Wciągają na maksa i nadają zupełnie inne tempo narracji. Przy okazji zagadka do rozszyfrowania pozostaje tajemnicą do ostatniego odcinka.

Kruk to postać dość kontrowersyjna z dużymi problemami natury psychologicznej. Stara się pomóc swojemu przyjacielowi Sławkowi (Cezary Łukaszewicz), który również, tak jak on, został skrzywdzony w młodości. Chłopców niegdyś łączyła braterska przyjaźń, a teraz staną ramię w ramię, aby pokonać swoje demony przeszłości.

Serial jest rozbudowany o kilka wątków i doskonale się broni zarówno pod względem psychologicznym, jak i kryminalnym. Postacie są rozbudowane i ciekawie sportretowane. Wysiłek w głębsze zróżnicowanie postaci zwyczajnie się opłacił. Każda ważniejsza postać ma swój charakter i cały zestaw cech.

Canal+ naprawdę bez ściemy stanął na wysokości zadania. Oczywiście można by pokierować trochę inaczej głównym wątkiem, ponieważ ostatni odcinek zbyt szybko zdradza antagonistę/ofiarę. Brawa dla Marcina Bosaka – mega rola – aż szkoda, że nie było więcej jego postaci i tego klimatu ostatniego odcinka, który jest brutalny oraz rzeczowy do szpiku kości.

Nie ma idealnych seriali, zawsze można coś znaleźć i się przyczepić. Jak słabsze aktorstwo osób postronnych czy brakującej czasem konsekwencji w porach dnia. To naprawdę małe drobiazgi, które będą przeszkadzać tylko czepialskim.

Zdecydowanie jestem zaskoczony tym serialem, że po pierwsze, wyszedł tak dobrze, po drugie, tematyka ciężka do realizacji i tu został temat dobrze ujęty. Po trzecie psychologia, tutaj również serial nie zawodzi.

W serialu nie zabrakło elementów miejscowego folkloru, seansów spirytystycznych. Ten element dodawał takiego dziwnego uroku. True detective mi się przypominał.

Dziwne, że trafiłem na ten serial przypadkiem i medialnie nie uzyskał większego rozgłosu albo po prostu go przeoczyłem.

Jak zawsze przypominam, że polskie seriale nie są moją ulubioną częścią rozrywki. Przyczyny są dość proste i prozaiczne, ale o tym nie w tej recenzji.

Bardzo chciałbym pochwalić Michała Żurawskiego i Marcina Bosaka, który rozkwitli w tym serialu i pokazali się z jak najlepszej strony. Ogólnie rzecz biorąc, dobór postaci bardzo trafiony i każdy dał z siebie wszystko, aby zadowolić widza na sam koniec.

Jako że już trochę czasu minęło od premiery (2018), więc poszperałem w sieci i znalazłem, iż będzie drugi sezon, mimo iż zakończenie serialu jest dość jasne.

Polecam! Przemęczcie te dwa pierwsze odcinki, a gwarantuję, że reszta serialu wam to wynagrodzi.

Zwiastun – Kruk – Szepty, które słychać nocą

Serial można obejrzeć na platformie Player.pl z wykupionym dostępem do Canal+.

Wireless – 8-minutowy format

Nadzwyczaj interesujący i dzisiejszy serial Wireless.
Akcja całego serialu dziele się praktycznie w samochodzie, gdzie młody student college’u wraca właśnie do kampusu.
Podczas powrotu jest zmuszony jechać drogą objazdową, ponieważ doszło do wypadku. Przemierza góry Kolorado, gdzie wszystko może się wydarzyć.

W rolę studenta – Andy’ego – wciela się Tye Sheridan, który świetnie się wczuł w rolę. Andy jest świeżo po rozstaniu się z dziewczyną. Podczas podróży nie może o niej zapomnieć i cały czas przegląda swój telefon, sprawdzając social media.

To nie jest jedyny problem Andy’ego: strata ojca, utrata dziewczyny, nieradząca sobie w życiu matka. To sprawia, że on sam też zaczyna się w swoim życiu gubić, a jedyną rzeczą, która trzyma go na powierzchni jest telefon i używki.

Serial jest skonstruowany i podzielony na dziesięć odcinków. Jednak wszystkie one mają po około osiem minut. Co jest po części zaletą, bo nie ma dłużyzn, ale jest to też wada, bo nie sposób jest rozwinąć dobrze i dokładnie wątków.

Wątków jednakże w serialu za dużo nie ma, ponieważ wszystko kręci się wokoło Andy’ego i jego życia. Nie bez przyczyny wspomniałem wyżej o konstrukcji serialu i jego podziale. Każdy odcinek to 10 procent baterii.

Zbliżając się do finału serialu, baterii jest coraz mniej, a kłopoty Andy’ego zaczynają się kumulować! Śnieżyca, ziąb i alkohol wcale mu nie pomagają. A gdy zostaje uwięziony w aucie bez dostępu do sieci, zaczyna sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Jest to kulminacyjny punkt, gdzie bohater zaczyna rozumieć, że alkohol nie jest wyjściem. A jego zachowanie w stosunku do przyjaciół i znajomych było dalekie od ideału. Lekcja surwiwalu właśnie się rozpoczęła.

Serial pokazuje dzisiejszy problem uzależnienia nie tylko używkami, ale i od technologii. Stara się pokazać typowe myślenie nastolatków, gdzie odpowiedzialność za siebie jest gdzieś daleko z tyłu głowy. A poleganie na samej technologii czasem nie wystarcza.

Wireless nie jest serialem bez wad. Relacje międzyludzkie przez czas trwania odcinków wydają się spłycone i pozbawione emocji. Sam Andy czasem zachowuje się irracjonalnie i głupkowato.

Ponieważ serial jest krótki i ogląda się go dobrze za jednym razem, mimo małych swoich ułomności, mogę Ci go polecić. Głównym argumentem jest tutaj psychologia tego serialu i inny niż zazwyczaj format.

https://www.youtube.com/watch?v=Ule-CRT6ENo
Wireless – zwiastun

WONDER WOMAN 1984 – Nieudane dzieło od DC

Pierwsza część Wonder Woman w zasadzie ratowała całe uniwersum DC. Był to film bardzo poprawy i świetnie się go oglądało. Gal Gadot czarowała na ekranie w każdym momencie. Druga część jest nieudana pod bardzo wieloma względami. Po części można zrzucić winę na pandemię Covid-19, ale czy wysokobudżetowy blockbuster, w którego jest pompowana ogromna ilość pieniędzy nie powinien się oprzeć pandemii? Jak można zobaczyć na ekranie, może polec, i to z kretesem.

Wonder Woman 1984 dzieje się w latach 80. Tym razem Księżna Diana Prince (Gal Gadot) będzie musiała zmierzyć się z Max Lordem (Pedro Pascal) oraz The Cheetah (Kristen Wiig).

Po kolei, za reżyserię odpowiada, jak i w pierwszej części, Patty Jenkins, która narzekała, iż ma mało czasu na realizację filmu, ponieważ terminy się skróciły, a ona pracowała nad innym projektem. Z racji przyspieszonego terminu wydania WW84, odstawiła obecny projekt i zaangażowała się w 100% we wspomnianą Wonder Woman 1984. Nawet była zadowolona z obrotu spraw pandemii, bo pozwoliło jej to dopracować projekt i przesunąć datę premiery. Ja się pytam, czy ona widziała końcowy efekt swojego dzieła? Bo wydaje mi się, że nie! A dlaczego? Już odpowiadam.

Zacznijmy od efektów specjalnych. Można by tu wypikać wiele niecenzuralnych słów. Efekty są tak nienaturalne, że ma się wrażenie typowo lat 80. i tamtejszej techniki. Dziwne bieganie, jeszcze dziwniejsze latanie i dziwne skoki. Oglądając, odnosiłem wrażenie, że to nie jest film wysokobudżetowy, a klasy B, oczywiście w pewnych momentach. Pod tym względem nie można nic dobrego napisać. Jak Patty Jenkins mogła się zgodzić na tak słabe efekty wizualne? Jest to niezrozumiałe dla mnie i pewnie nie będzie dla wielu widzów.

Scenariusz to kolejna czara goryczy i gwóźdź do trumny. Mamy wątek miłosny, mamy dwa czarne charaktery, a nawet mamy wątek bogów. Tylko co z tego, jak wszystko jest mdłe, bez wyrazu i cukierkowe. Ewidentny brak pomysłu na fabułę, gdy czarne charaktery mogłyby spokojnie uprzykrzyć życie Dianie Prince. Magiczny kamień spełniający każde życzenie, mógł z fabuły zrobić wszystko, dosłownie ograniczała tylko wyobraźnia. Sumiennie zmarnowany potencjał fabularny, jak i aktorski.

Lubię aktora Pedro Pascala. Zagrał poprawnie, wczuł się w rolę, ale do takiego złego charakteru on się nie nadaje. Brakowało mu takiego zakapiorskiego animuszu. Natomiast Kristen Wiig bardzo pozytywny odbiór, miała moc przebicia się przez Gal Gadot, a to już coś.
Gal Gadot raczej świetnie się czuje w roli Wonder Woman, ale która z pań by się nie czuła. Więc tutaj, poza słabym scenariuszem, nic nie można zarzucić. Jednak gwiazda bardzo zbladła przez efekty i scenariusz tego dzieła.

Patty Jenkins zaoferowała nam kolejną wycieczkę na Themyscira, która w zasadzie nic nie wnosiła do filmu. Mamy odgrzewaną miłość i powrót Steve’a Trevora (Chris Pine), który częściej irytował, niż bawił na ekranie. Walki z antagonistami są bardzo przeciętne, a ich długość woła o pomstę do bogów.

Jedyny pozytywny akcent to dobra muzyka, za którą odpowiadał znany Hans Zimmer.

Jest długo, jest czasami nudno i cukierkowato. Można mówić o szczęściu, ponieważ można obejrzeć całe widowisko na ekranie telewizora, a nie ekranie kina. Przyjdzie Ci poświęcić dwie godziny i trzydzieści pięć minut na seans, jeśli podejmiesz to ryzyko. Ale zostaniesz nagrodzony krótką sceną między napisami końcowymi.

Serdecznie nie polecam! To chyba pierwszy film, którego z DC nie polecam i tak słabo oceniam, i jestem wielce rozczarowany. Czyżby ostatni bastion w DC universe jakim była Wonder Woman właśnie upadł?

Wonder Woman 1984 – Napisy PL