Przejdź do treści głównej

Tag: science fiction

0

Ant-man i Osa Kwantomania – Recenzja 2023

Nowa faza Marvela została otwarta! Miało być z hukiem, a wyszło po prostu solidnie, bez efektu WOW. Coraz częściej, mam wrażenie, iż próbuje się po prostu zadowolić wszystkich widzów, co wychodzi średnio i odbija się później na jakości całego wykonania.

Scott Lang (Paul Rudd) i Hope van Dyne (Evangeline Lilly) to oczywiście tytułowi pierwszoplanowi bohaterowie. Osa jest bardzo w cieniu Ant-mana i w dodatku z nową fryzurą na chłopczycę. Przez co wygląda na dwa razy starszą niż jest, a przy tym megapoważnie. Nie iskrzyło nic, a nic między Scottem a Hope. Być może tak zostało to zapisane, a być może po prostu przyszli zagrali i poszli.

Nie zabrakło Dr. Hanka Pym (Michael Douglas) oraz Janet (Michelle Pfeiffer), do której zaraz sobie wrócimy. Dość sporą rolę dostała córka Langa – Cassie (Kathryn Newton). Czyżby to miniwstęp do Młodych Avengers? Pożyjemy, zobaczymy.

Wracając do Janet, która ma tutaj dość ważną rolę. Flashbacki z nią sporo wyjaśniają. Aczkolwiek mam wrażenie, że to zostało wymyślone na potrzeby tego filmu, aby zobrazować Kanga Zdobywcę (Jonathan Majors). Sam Kang to ogólnie rzecz biorąc najjaśniejszy punkt całego filmu! Najbardziej wyrazista postać, którą fajnie się oglądało, mimo że to antagonista. Postać barwna, ciekawa, podstępna i pełna żalu po stracie. Jakiego żalu, niestety nie zostało nam zaprezentowane.

Ant-man i Osa Kwantomania to w 99% film, który został wykreowany za pomocą CGI. Z efektami u Marvela bywa różnie, ale tym razem było dobrze. Cały nowy wszechświat możliwości otworzył wymiar kwantowy. Ale tutaj rozczarowanie, bo dostaliśmy mieszankę postaci Disneya, Pixara czy Gwiezdnych wojen itp. Liczyłem na coś świeżego, a dostałem cukierkowy świat…

Fabuła w zasadzie jest bardzo prosta: przez podstęp MADOK’a i nieuważność Cassie wszyscy trafią do kwantowego wymiaru. Córka Cassie zostaje przetrzymywana przez Kanga, a nasz Ant-man musi dokonać wyboru, aby uratować córkę. Można stwierdzić jedno, że ten wariant Kanga różni się znacznie od wariantu spotkanego w serialu Loki.

SPOILER

Ten Kang dziwnym trafem nie włada czasem posiadając swój kombinezon, co jest dziwne, ponieważ wariant z Lokiego miał urządzenie w ręce i nie potrzebował maszyny. A przynajmniej nie było nigdzie pokazana i stąd moje założenie, iż jej nie potrzebował.

Scott Lang przez cały film stara się być zabawny, ale jednak średnio to wychodzi i gagi-śmieszki po prostu nie pasują do całego filmu. Jeśli mamy do czynienia z Kangiem Zdobywcą, który potrafi wymazać całą linię czasową, to tutaj nie ma miejsca na tego typu rzeczy. Jest to jeden z minusów. Drugi minus to, że wszystkie postaci, mimo że może i barwne, to są bardzo nijakie. Akcja gna szybko, więc nie ma czasu na żadne głębsze emocje i zapoznanie się z postaciami pobocznymi. Po prostu są, a potem giną lub znikają.

Finalna walka z Kangiem (tak dobrze czytasz, Ant-man i spółka będzie walczyć z Kangiem Zdobywcą) wypada dobrze, ale znowu nie ma tutaj żadnych superzwrotów akcji, których by się człowiek nie domyślił. Szkoda, bo Kang Zdobywca był przedstawiany jako typ bez skrupułów i znacznie gorszy niż Tanos. Do dziś pamiętam, jak Tanos był prezentowany kawałek po kawałku. Co budowało efekt, iż chciało się poznać tą postać. Tutaj mamy wszystko wyłożone na talerzu i to bez przystawek.

Sceny po napisach są dwie. Jedna zaraz w trakcie napisów. Warto na nią chwilę poczekać.
Druga scena jest po wszystkich napisach i dotyczy serialu LOKI i jego kolejnego sezonu. Nie jest ona, aż tak istotną z perspektywy całej nowej fazy. Więc jeśli nie oglądałeś pierwszego sezonu LOKIEgo śmiało możesz udać się do domu.

Ant-man i Osa Kwantomania – Recenzja 2023

Stacja jedenasta – SF, które warto zobaczyć!

Na platformie HBO MAX jest sobie niepozorny serial postapokaliptyczny z elementami dramatu. A jest nim Stacja jedenasta, która opowiada szereg bardzo różnych ludzkich historii, spotykających się ze sobą w zaskakujący sposób, na przestrzeni dość długiego czasu. Serial przedstawia osoby przed, w trakcie i po apokalipsie. Przeskoki czasowe są tutaj bardzo ważnym elementem, aby zrozumieć cały serial. Z całą pewnością nie jest to serial, gdzie można tylko słuchać i w międzyczasie zajmować się innymi rzeczami. Należy do niego podejść na poważnie i obejrzeć w pełnym skupieniu, aby czerpać z niego 100% radości. Mamy tutaj do czynienia z piękną historią i bardzo ciekawą fabułą, w której im bliżej końca, tym bardziej wszystko się spina w spójną całość. Przez co wynagradza nam to spędzenie tych kilku godzin przed ekranem telewizora. Ale spokojnie, serial ma tylko jeden sezon, który składa się z 10 odcinków. W tym miniserialu zamyka się cała historia.

Historia Stacji jedenastej toczy się na przestrzeni 20 lat, przez co złożenie tego w całość było nie lada sztuką. Bo to nie jest typowe SF, gdzie mamy lasery, statki kosmiczne itp. Tutaj mamy głębię, rozmyślania i sztukę przetrwania. Sposób opowiadana jest nielinearny, to znaczy, że skaczemy po linii czasu i zapoznajemy się z naszymi bohaterami. Główne role tutaj odgrywają Kirsten oraz Jeevan, ale też przewijać się będzie aktor Arthur Leander. W zasadzie te trzy osoby są spoiwem całego opowiadania w Stacji jedenastej. Dodatkowo, w całym serialu powraca motyw wydanego w kilku egzemplarzach komiksu science fiction, w którym ukojenia szuka nie tylko mała Kirsten. Ale ten element historii ma swój ciekawy wątek, który również spójnie się zamyka.

W super krótkim skrócie fabularnym bezspoilerowym: Jeevan pomaga małej Kristen dostać się do domu, gdy wybucha śmiercionośna pandemia na całym świecie. Przeciążone linie telefoniczne, brak kontaktu z rodzinami Kristen sprawia, że Jeevan postanawia przygarnąć na chwilę młodą dziewczynkę. Jest to ich pierwsze spotkanie w życiu, więc oboje mają moralne obawy przed ofiarowaniem pomocy i otrzymaniem jej.

Podczas przeskoku czasowego Kirsten i “Wędrowna Symfonia” wystawiają Szekspira, tak naprawdę, kiedy to świat się skończył i trwa jego odbudowa. Tworzą muzykę, piszą, rysują, szyją kostiumy na scenę i pokazują dookoła, że nawet jeśli nic już nam nie zostało z tego świata, to pozostaje jeszcze kultura, jako ostatnia deska ratunku, która sprawia, iż zapominamy o codziennych problemach.

Przyznam się, że nie dawałem dużej szansy temu serialowi… Po opisie mówię sobie “no nie, kolejne The Walking Dead. Kolejna epidemia, która nic nie wnosi i kręcimy się wkoło, bo jest teraz taki trend”. Jakie było moje pozytywne rozczarowanie, iż jest to zupełnie inna historia pełna emocji i nowatorskiego podejścia do przetrwania w tych, a nie innych czasach śmiercionośnej epidemii grypy. Szereg wątków sprawia, że pozornie rozrzucona fabuła pięknie się skleja w całość.

Stacja jedenasta jest dostępna na platformie HBO MAX.

Stacja jedenasta – HBO MAX – zwiastun

Finch – Zwiastun Tom Hanks

Na postapokaliptycznej ziemi robot stworzony, by chronić życie ukochanego psa swojego twórcy, uczy się życia, miłości, przyjaźni i tego, co to znaczy być człowiekiem.

Obsada: Tom Hanks, Caleb Landry Jones, Skeet Ulrich, Samira Wiley

Premiera 5 Listopada 2021

Platforma: Apple TV+

Finch – Tom Hanks – AppleTv+ Zwiastun

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni – Recenzja

Po bardzo długim okresie wreszcie nowy film Marvela trafił na ekrany. Celowo pomijam Czarną wdowę, ponieważ nie rozpoczynał on żadnej fazy, a raczej był zapchajdziurą o wiele spóźnioną w całym uniwersum. Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to tak zwany “origin story” bohatera Shang-Chi.

Historia dalekiego wschodu, ale osadzona po części w amerykańskiej rzeczywistości. Nasz bohater skrywa swoje sekrety, które podczas seansu wychodzą na jaw jeden po drugim. Shang-Chi, w towarzystwie wieloletniej przyjaciółki Katy (Awkwafina), udaje się na Wschód, aby ostrzec swoją siostrę Xialing przed możliwym zagrożeniem. Na jej życie prawdopodobnie czyha ich własny ojciec, czyli legendarny przywódca organizacji Dziesięciu pierścieni, Xu Wenwu (Tony Chiu-Wai Leung) aka Mandaryn. To dopiero tutaj akcja się rozpędza i przyspiesza z minuty na minutę.

Xu Wenwu, który sobie żyje od kilku tysięcy lat, postanawia odnaleźć zmarłą żonę. A do tego zadania potrzebne mu są własne dzieci. Shang-Chi, Katy i Xialing nie godzą się na podejście ojca, który chce zdziesiątkować mistyczną wioskę.

Trzeba przyznać, że walki są na bardzo wysokim poziomie i ogląda się je bardzo przyjemnie. Jednak brakuje tutaj trochę typowego azjatyckiego kina kopanego. Wszystko jest powściągnięte i przygotowane pod amerykańskiego widza. Z jednej strony może to i dobrze, bo gdyby amerykański widz zobaczył latających ninja czy wojowników, mógłby to źle odebrać i pomyśleć “WTF?”.

Przyczepić się można do animacji, a przynajmniej tych w początkowej fazie, gdy walka rozgrywa się w autobusie. Sprawne oko wyłapie, o czym mowa, reszta będzie zafascynowana walką. Tak czy inaczej, mogę napisać, że pozostała część jest w porządku. Nie uprzedzając faktów, jest na co poprzeć w finałowej walce, aczkolwiek jest stanowczo zbyt prosta i krótka. W końcu w tej fazie należałoby się mierzyć już z zawodnikami co najmniej pierwszoligowymi.

Fabuła nie jest zbyt pokręcona, więc nikt nie powinien mieć problemów z jej zrozumieniem. Nie jest to też film mega zwrotów akcji, jak to bywa w filmach wprowadzających nowe postacie.

Pewną miłą niespodzianką jest gościnny występ Wonga, tego od Doktora Strange. Szkoda, że Marvel nie idzie głębiej tą ścieżką, przez co wszystkie historie lepiej by się zazębiały. Nadal nie dostajemy wyjaśnienia co Wong robi z Abominacją. Ale coś czuję, że w kolejnej części Doctor Strange in the Multiverse of Madness, się dowiemy.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to takie małe dalsze, nieśmiałe wprowadzenie do multiwersum filmowego. Marvel musi po części wszystko tłumaczyć teraz dwa razy. Raz dla widzów seriali, a drugi dla widza kinowego, ponieważ te dwie grupy nie zawsze będą się pokrywać.

Tu mam pewną obawę. O ile widzowie z innych kontynentów doskonale sobie radzą z zawiłą fabułą łączoną na wiele filmów, to amerykański widz już nie bardzo. Co już nieraz pokazywały seriale anulowane ze względu na skomplikowaną fabułę. Trzymam kciuki, aby tym razem tak nie było w przypadku marvelowskich filmów. Oby to wszystko było dobrze zaplanowane i zgrane ze sobą.

Jak najbardziej polecam wybrać się do kina. Dobra rozrywka na wysokim poziomie. Pokazywane zwiastuny nie zdradzają za wiele, więc tym bardziej przyjemnie się ogląda film, gdy dostajesz objawienie… “aaa to tak wygląda naprawdę”.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni to lekka przygoda, na której nie będziecie się nudzili. Polecam!

Ps. Są dwie sceny po napisach, więc warto zostać do samego końca.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni – zwiastun PL

TENET – Zabawy z czasem – Recenzja

Tenet to film Christiana Nolana, który jak mogłoby się wydać miał przejąc schedę po Incepcji (2010) nic bardziej mylnego. Nowy film to całkiem inna historia, która nic wspólnego z “Incepcją” niema. Nowe działo Nolana to film, z którym przyjdzie Ci się mierzyć w kinie oraz z jego zawiła fabuła. Jednak jeśli masz umysł otwarty i nieobca Ci fizyka kwantowa czy nie liniowość czasu to będzie się dobrze bawił.

Obsada filmów Nolana wypada zwykle dobrze. Nie inaczej jest tym razem. Główna rolę odgrywa John David Washington (Protagonista), a jego kompanem jest Robert Pattinson (Niel) ten duet sprawuje się bardzo dobrze. Nie bez przyczyny wszyscy są zachwyceni rolą oraz grą Pattisona. Po prostu odwalił kawał dobrej roboty i czasem nawet przyćmiewał Washingtona. John David Washington zagrał dobrze i ma swoje momenty szczególnie w końcówce filmu, ale nie zrobił na mnie takiego wrażenia przez cały seans jak wyżej wspomniany Niel (Pattison).

Moim zdaniem na wyróżnię również zasługuje Kenneth Branagh wcielający się w tajemniczą postać Andreia Satora. Duża ekspresja i emocje przekazane na ekranie. Mimo że postać negatywna to jednak wyróżniająca się i zasługująca na uwagę.

W filmie mamy też role kobiecą Kat, w która wciela się Elizabeth Debicki. Jako że film nie skupią się na emocjach, a samej w sobie akcji to postać Kat wypada średnio dobrze i nawet gdyby ukrócić jej role do minimum to fabułą i tak nic by nie straciła.

Oczywiście cała obsada wypada w Tenet dobrze i niema tutaj słabego punku.

Zanim przejdziemy do fabuły skupmy się na chwilę na muzyce i efektach specjalnych. Muzyce nic do zarzucenia nie mam, natomiast efekty specjalne i szczególnie sceny z odwróconym czasem nie wyglądały naturalnie. Można odnieść wrażenie, iż w niektórych scenach aktorzy grali sceny tak jakby miała wydarzyć się scena odgrywana do tyłu. Upraszczając montaż nie składa się tylko ze scen nagranych normalnie i odtworzonych do tyłu.

Fabuła czy ona jest skomplikowana? To zależy. Dla osoby, która nie będzie zrozumieć nie liniowości czasu to może mieć problem. Otóż wiele scen dzieje się do przodu i jednoczenie do tyłu co ma swoje skutki fabularne. To nie jest klasyczne co wydarzyło się przed wydarzeniami, a wydarzenia w odwróconym czasie mają też skutki w czasie teraźniejszym i przyszłym. Dlatego warto się skupić na filmie poważnie i nie próbować podczas seansu wymyślać swoich teorii czasu.

Nasz główny bohater zostaje wcielony do organizacji Tenet w celu przeciwdziałania innej międzynarodowej złowrogiej organizacji. Tenet stara się zapobiec globalnej katastrofie i takie też będzie zadanie naszej dwójki głównych bohaterów. Sytuacja staje bardziej skomplikowana gdy dodamy, że wróg używa broni odwróconej. W miarę trwania seansu dochodzą kolejne elementy związane z czasem i podejmowanych decyzji. Nie chce wchodzić w szczegóły, aby nie popsuć Ci seansu.

Nolan zbytnio nie tłumaczy co dzieje się na ekranie po prostu pcha fabułę do przodu. Robi też mały ukłon w stronę widzów, którzy przez cały seans mogą być skołowani to ostatnie 10 minut jest właśnie dla nich. A szczególnie nawet ostatnie minuty, gdzie prowadzone są dialogi i kontekstowo tłumaczą dlaczego tak to się wydarzyło.

Tenet jest napakowany akcją z dobrą obsadą aktorską. Moim zdaniem jednak to nie jest wybitne dzieło jest to film dobry z zawiła fabuła, jakie lubię. Incepcja czy Interstellar dawały mi więcej mentalnej frajdy niż najnowszy Tenet.

Czy polecam kino z całą pewnością tak, bo jest to jednak inny film niż zazwyczaj przychodzi nam oglądać na co dzień. Zmusza do myślenia, a przy tym ma wartką akcję. Na pewno jest godny polecania i oznaczenia musisz zobaczyć! Nie sugeruj się różnymi recenzjami idź obejrzyj i wyrób swoje zdanie na temat tego filmu.

TENET – Napisy PL

Ad Astra – Recenzja od fana science fiction

Czy Ad Astra to wyjątkowy film? Nie zdecydowanie nie! A z całą pewnością niema czym się zbytnio zachwycać. Co prawda są zdjęcia i ujęcia, które robią wrażenie jednak to za mało, aby u wielbicieli science fiction zrobić efekt wow.
Niektóre przytoczone przez mnie fragmenty mogą zawierać spoilery!

W głównej roli Brad Pitt (Roy McBride) gra tutaj syna słynnego astronauty. Jego ojciec Clifford grany przez Tommy Lee Jones zginął w przestworzach kosmosu na granicy układu słonecznego.

Ziemi zaczyna zagrażać globalna zagłada, ponieważ docierają do niej niewiadomego pochodzenia wyładowania elektromagnetyczne pochodzące z głębi układu słonecznego. Te anomalie są nazwane udarami. Podczas pierwszego udaru Roy pracuje na antenie, gdzie dochodzi do wypadku. Jednak udaje mu się wyjść cało z opresji, a nasz bohater został tylko lekko pokiereszowany. Uratowały go opanowanie i lata szkoleń na wybitnego astronautę.

Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawa. Jednak podczas seansu dostajemy egzystencjonalną papkę, a całe zagrożenie schodzi na bok. W dodatku nasz główny bohater jest super spokojnym człowiekiem, który przechodzi ewakuację psychologiczną za każdym razem wzorcowo. Więc jego emocje są przytłumione. A gdy wreszcie zaczyna okazywać emocje są one raczej puste w odbiorze i nie wywołują głębszego wzruszenia u widza.

Nasz bohater dowiaduje się, że jego ojciec być może przeżył i to on jest powodem tych udarów. Dostaje tajną misję podjęcia próby skontaktowania się z ojcem. Fabularnie film zwyczajnie przynudza, a skoro ziewa mi się w kinie podczas seansu. To zdecydowanie nie jest to dobry znak.

Cały film osadzony jest w niedalekiej przyszłości, a mamy już kolonie na Marsie oraz komercyjne prace na księżycu, jak i walki na nim. Ktoś tu zdecydowanie nie wywarzył czasów, w którym jest osadzona historia. Z jednej strony rozwinięta kolonia, a z drugiej nadal poruszamy się w kosmosie w tempie ślimaka. Może się czepiam, ale takie szczegóły muszą współgrać z całym obrazem i przedstawionym uniwersum.

Pomijając pewne absurdy, gdy Clifford ojciec wyruszają w podróż ma już grubo po 60, a że cała fabuła dzieje się 27 lat od zniknięcia łatwo można policzyć, iż ojciec, gdyby przeżył byłby blisko osiemdziesiątki. Przejdźmy dalej, ponieważ film próbuje zachować faktyczny stan biologi człowieka i oddziaływań na ciało podczas długich podróży kosmicznych. Skutki nieważkości, jakich Bratt Pitt lecący przez siedzemdziesiąt dni doznaje są wyrażnie zacznaczone. A jego ojciec miałby spokojnie przetrwać 27 lat bez uszczerbku na zdrowiu.. Coś tutaj się totalnie nie klei.

Skok ze statku i lot przez pierścienie Neptuna nie pozostawił mi złudzeń, że to nie jest dobre SF. Można było wiele innych opcji wymyślić na powrót do macierzystej rakiety.

Ktoś może powiedzieć, że to niuanse w tym filmie, że liczy się podróż do wnętrza bohatera. Narracja i walka samego ze sobą i tak dalej. Będę protestował, ponieważ jest to najnudniejszy element tego obrazu.

Zdjęcia mogą się podobać szczególnie te z księżyca. Za to cała reszta leży na całej linii. Szkoda, bo film miał potencjał, ale opierając cała historie na relacjach ojca i syna było błędem. Tak samo, jak i pusta konkluzja o życiu w całym wszechświecie. Potrafiliśmy wysłać całą załogę na krańce układu słonecznego zbudować kolonie na marsie. Zaś w filmie misja ratunkowa, która ma uchronić ludźkość przed wymarciem wygląda jak żart.
Wybaczcie, ale ja tego nie kupuje!

Jestem rozczarowany ta pozycja i nie polecam wybierać się do kina. Ładnie opakowany zwiastun dał zgniłe jajo na seansie.

Another Life niegodne SF Netlixa – recenzja

Gdy na Ziemi ląduje artefakt obcych, Niko Breckinridge staje na czele międzygwiezdnej misji, aby znaleźć miejsce jego pochodzenia i nawiązać kontakt z inną cywilizacją. Tak oto prezentuje się opis nowego widowiska science fiction od netflixa. Na popierze i po pierwszym odcinku wygląda to nawet zachęcająco. Im dalej widz wchodzi w fabułę, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że z tego nic dobrego nie będzie.

Serial firmuje swoją osobą Katee Sackhoff grająca główną bohaterkę, Niko. A kto pamięta Katee z Battlestar Galactica! To był dopiero serial, który potrafił budować napięcie i świetnie kreować bohaterów.

W Another Life akcja toczy się w tempie kosmicznego żółwia. Każdy odcinek to historia zmierzania donikąd ot, takie zapychacze. Spokojnie większość odcinków można pominąć, a skupić się na pierwszym i trzech ostatnich, aby ogarnąć całą fabułę.

Mnie osobiście Katee Sackhoff zawiodła: brakowało mi w jej grze aktorskiej dawnej charyzmy. Może to wina słabego scenariusza, a może i budżetu. Jeśli mowa o budżecie, to widać jego braki poprzez CGI. Efekty elektryczne po przelocie statku wyglądały jak z ubiegłej epoki. Kręcąc science fiction trzeba o ten element zadbać w 100%! Bez efektów serial musi bronić się fabularnie, a tutaj obie rzeczy po prostu słabe.

Jed Jedną z fajniejszych postaci okazał się William, to jest sztuczna inteligencja, i to on przez cały serial się wyróżniał. William (Samuel Anderson, bo to o nim mowa) odwalił kawał dobrej roboty. Jeden z fajniejszych futurystycznych wątków w tym serialu.

Another Life jest dość prostym serialem niewymagającym od widza większego skupienia. Nawet gdy spotykamy obcą formę życia na planecie nie robi ona większego wrażenia. Odniosłem wrażenie, że ten serial zupełnie nie nadawał się na platformę Netflix i do oglądania odcinek po odcinku. Zdecydowanie zabrakło w każdym odcinku ciągnięcia wątku głównego i posuwania się fabuły do przodu. Jeśli wątki poboczne są słabe i mało istotne dla głównej fabuły, to cały serial trafi szlag. Najgorsze jest to w serialach, że często robi się cliffinger na koniec sezonu. Widz cały sezon czeka: Co to za obcy, jak wyglądają, czego chcą? Po co to wszystko? I gdy dochodzi do najistotniejszych scen, to są one skumulowane w ostatnim odcinku i często kończone wspomnianym przeze mnie cliffingerem. W nowym dziecku Neflixa nawet nie dostajemy bliskiego spotkania, a dowiadujemy się od obcej sztucznej inteligencji jakie zamiary ma artefakt.

Tym razem dostaliśmy serial science fiction klasy B w dodatku telewizyjnej. Ocenić go można na poziomie: słaby z przebłyskami na średniego. Nie lubię fuszery w tym gatunku i jestem święcie przekonany, że serial nie dostanie zamówienia na drugi sezon! Więc nigdy nie dowiemy się jak cała historia miała się zakończyć.

Another life – zwiastun NAPISY PL

Spider-Man: Daleko od domu – Recenzja

Spider-Man: Daleko od domu jest prawdopodobnie jednym z najlepszych odsłon, jakie powstały o pajączku. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, a w trakcje recenzji postaram się wytłumaczyć bez spoilerowo czemu tak uważam. Jeśli nie wdziałeś Avengers: Koniec Gry nie czytaj dalej, ponieważ zawiera spoilery również z tego filmu.

Wszyscy wiemy jak skończył się film “Koniec Gry”, który to nie kończył fazy trzeciej, a zakańcza ją właśnie pajączek. Spider-Man: Daleko od domu jest zupełnie innym filmem i nie jest to film przede wszystkim smutny. Oczywiście znajdują się tam pewne sceny, które mogą wywołać w osobach o miękkim sercu pewne szklenie się oczu. Ale to tylko drobne momenty, które przypominają nam poświęcenie Tonego.

Wiele osób spekulowało przed seansem, że to własnie Spider-Man zostanie następcą Iron Mana czy nowa przygoda w europie to potwierdza? Hmm jest to bardzo ciężko stwierdzić, ponieważ według mnie jest to nie rozstrzygnięta jeszcze kwestia. Jest nawet w dużej mierze o tym wątek jednak szczegółów ujawić nie mogę bo pewnie dopiero się wybieracie do kina.

Głównym wątkiem jest Misterio, w którego wciela się Jake Gyllenhaal. Nowa postać przybywa na ziemie, gdyż jego ziemia została zniszczona przez żywiołaki. Misterio sugeruje, iż żywiołaki potrafią przemieszczać się między wymiarami to i naszej rodzimej ziemi zagraża niebezpieczeństwo. Zagrożenie jest na tyle duże, iż wymagałoby interwencji Avengersów jednak jak wiemy z poprzedniego filmu są w tym momencie “niedostępni” lub poza ziemią. Więc nie pozostaje nic innego jak połączyć siły z nowym przybyszem i uratować ziemie.

Nie zdradzając wam szczegółów napiszę, że po raz kolejny to, co widz widzi w zwiastunach nie dokońca pokazuje to co będzie w fabule. Jest to naprawdę świetny zabieg! Ponieważ zwiastun niczego nie zdradza i pozwala doskonale bawić się na seansie. Zwrotów akcji w fabule jest kilka. Napisze to szczerze dałem się wywieźć w pole jak małe dziecko i to nie jeden raz. Dawno żaden film tego mi nie zrobił. A być może to zasługa, iż nie czytałem żadnych wieści czy komentarzy zagorzałych fanów pod zwiastunami.

Wracając do fabuły, można ją podzielić na dwa etapy. Pierwszy etap kończy się zaskakująco szybko i odnosi się wrażenie, że to koniec filmu… Aż wjeżdża piękny twist i impreza tak naprawdę dopiero się rozkręca.
Aktorsko dla mnie super zarówno Tom Holand jak i Jake Gyllenhaal było czuć między nimi chemie na ekranie od pierwszego kadru. Rozczarowanie natomiast według mnie nadąsana MJ grana przez Zendaya. Totalnie mi w tym filmie jej zachowania emocjonalne nie pasowały. Została odmieniona względem pierwszej części i to jednak wyszło słabo. Wątek miłosny hmm no musiał być, ale jest on inny niż w poprzednich edycjach Spider-mana. Można uznać to na plus bo nie są powielane te same schamety, a czuć że ogląda się inną historie.

Zdecydowanie na plus wykorzystanie czarnego kostiumu przez Spider-Mana i totalne odcięcie się od poprzednich edycji. Winszuje pomysłu! Przed seansem właśnie to mnie nurtowało czy, aby znowu nie zobaczymy odgrzanego fabularnie kotleta.

Pewnie wielu z was zastanawia się, czy Spier-Man: Dalego od domu zamyka trzecią fazę. I tak i nie. Przejście między fazami będzie miękkie tak jak to miało miejsce w poprzednich fazach. Niestety nadal jest dużo pytań co nastąpi w czwartej fazie? A pajączek na te pytania nie dopowiada.

Sceny po napisach są dwie więc warto zostać po napisach do samego końca. Bo tam czeka na was jeszcze jeden twist, którego byście się nie spodziewali.
Pierwsza scena tyczy się samego filmu i dużo miesza w życiu Pitera Parkera. Druga jest związana z kolejną fazą uniwersum, jednak na próżno szukać tam konkretów. Po raz kolejny te dwie sceny pokazały, że Marvel ma jeszcze nie jednego asa w rękawie i potrafi nadal zaskakiwać.

Chciałbym więcej napisać o minusach, ale musiałbym zdradzić istotne fakty z fabuły. Są w moim odczuciu sceny zbyt przesadzone i przez to film traci na realizmie. Dodatkowo zachowanie Pitera też może budzić pewne zaskoczenie, a jego naiwność przechodzi ludzkie pojęcie. Szkoda, że nie zobaczyliśmy Pepper Potts, ponieważ z całą pewnością jej udział dużo by wniósł w sam film. Jednak mimo tych wad film ogląda się bardzo dobrze. A nowy Spider-Man: Daleko od domu oferuje widzowi wiele rozrywki. Tom Holland idealnie wpisuje się w rolę o pajęczaku.

Naturalną rzeczą jest, że zostaje oznaczony “Warto obejrzeć”, a dla fanów komiksów jest “Musisz zobaczyć!” Zdecydowanie polecam wybrać się do kina. Po prostu nie zawiedziesz się na nowym Spider-Manie. Jest to prawdopodobnie jedna z najlepszych odsłon pajączka, jakie do tej pory zostały wyprodukowane.

Ps. Szkoda mi tej postaci z którą się żegnamy w tym filmie.

Spider-Man: Daleko od domu Napisy PL

X-Men: Mroczna Phoenix – Recenzja

Czy Mroczna Phenix z nowej odsłony X-Men jest złym filmem? Zdecydowanie muszę zaprzeczyć! Nie jest to film wybitny, ale również nie jest też filmem słabym. Owszem można się doczepić wyboru Jean, którą odgrywa Sophie Turner. Bo jej aktorstwo tutaj nie nie jest na najwyższym poziomie i trochę odstaje od całej reszty. Nie jest to też złe aktorstwo mam wrażenie, że ta rolą ją przerosła i nie potrafiła odnaleźć się w świecie X-menów. Myślę, że to nie trafiony wybór przez producentów. Sophie sprawdziłaby się, ale w mniejszej roli pobocznej.

Kolejnych nazwisk chyba przedstawiać nie trzeba James McAvoy (Profesor Charles Xavier), Michael Fassbender (Erik Lehnsherr / Magneto) czy Jennifer Lawrence (Raven / Mystique). Tu już jesteśmy przyzwyczajeni raz, że do postaci dwa do zachowań ekspresji postaci. Ci aktorzy potrafi szybko zbudować swoją postać już we wcześniejszych filmach. Co niestety nie udało się w przypadku Jean (Phoenix).

Po raz kolejny odniosłem wrażenie, iż X-meni to film, gdzie sami ze sobą walczą.. Jak nie z Magneto to z Mistique a teraz ze zła Jean. Bardzo to wszystko jest wtórne w odbiorze i nie daje widzowi nic nowego.

Mroczna Phoenix nie powinien skupiać się w całości na Jean, ponieważ w filmie jest świetny wątek inwazji obcej cywilizacji, która chce przejąć władzę oraz zgładzić ludzkość. Tą cała historie można było zupełnie inaczej opowiedzieć w dużo, ale to dużo ciekawszy sposób. Cóż jednak tego nie uczyniono i tym samym raczej na kolejne przygody X-menów przyjdzie nam znowu trochę poczekać.

Tak jak napisałem wyzej X-Men: Mroczna Phoenix nie jest złym filmem na dużym ekranie ogląda się go dobrze jak każde inne kino blockbusterowe. Jest dużo walk czy to między mutantami czy obcymi, którzy to wykazują znacznie większy potencjał niż posiadacze genu X.

Fabuła jest zbudowana bez zbędnego rozdrabiania się. Mamy wątek Jean i mamy wątek obcych. Widź jest prowadzony za rączkę krok po kroku, a przewidywalność niektórych wydarzeń mógłby rozpracować uczeń szkoły podstawowej. Zapomnieć możesz o nagłych twistach i zaskakujących momentach ich po prostu niema. Swoim tempem od punktu A do punktu B.

Sceny, które zasługują na pochwałę to walka w pociągu oraz zaraz po. Fajna realizacja na malej przestrzeni oraz późniejszy pokaz mocy Jean. Minusy w zasadzie to odniosę się tylko do postaci Jean oraz tego, iż byt mało było Evana Petersa, który to oczywiście jest szybkim Quicksilverem.

Reasumując czy warto wybrać się do kina? Myślę, że jeśli zdecydujesz się iść to nie będziesz żałował. Jakby nie patrzeć jest to kino akcji i tej akcji w tym filmie nie brakuje.

X-Men: Mroczna Phoenix – Zwiastun PL

Alita: Battle of Angel – Recenzja

Alita z całą pewnością należy do tych filmów, gdzie można powzdychać do efektów specjalnych. CGI jak i wykreowany świat w każdym calu jest bajecznie dopracowany. Na cały film nie znajdziesz ani jednego ujęcia czy renderu, który mógłby popsuć pieruńsko dobre wrażenie.

Przejdźmy do fabuły, a ta już nie robi takiego wrażenia jak CGI, pomimo że potrafi zaskoczyć. Alita tytułowa bohaterka zostaje uratowania przez Dr. Dysona Ido (Christoph Waltz), który znajduję głowę cyborga wraz z kawałkiem tułowia na złomowisku. Okazuje się, że cyborg w pięknej młodej twarzy wciąż żyje i jest uśpiony. Po przebudzeniu Alita nic nie pamięta ze swojego poprzedniego “życia”. Przez co jest dość naiwna i łatwo można na nią wpłynąć.

Cały film rozgrywa się w XXVI stuleciu, a dokładnie 2563 roku. Ziemią jest po ciężkiej wojnie, gdzie podniebne miasta runęły, a ostało się tylko jedno zwane “Zalem”. Zalem jest uważane za raj i każdy chcieliby się tam zamieszkać. Jednak nie jest to łatwe zadanie, ponieważ tylko nieliczni mogą się dostać do tego rajskiego miasta. Aby się dostać trzeba być czempionem w wyścigu zwanym Motorball.

Alita ma kilka wątków fabularnych, które są interesujące dla widza. Budowanie pobocznymi wątkami całej fabuły sprawdza się tutaj, a nawet budzi pewien niedosyt po całym seansie. Tak ja również odczuwam niedosyt i chciałbym zobaczyć dalsze losy Ality. Film nie unika wad fabularnych, ponieważ im bliżej końca tym dostajemy więcej przeskoków w czasie. Fabuła zyskuje szybsze tempo jednak przez to spada jej jakość. Szkoda tych ostatnich piętnastu minut, które podziały się stanowczo zbyt szybko i nie zostały do końca rozwinięte.

Walki między cyborgami są świetnie zrealizowane, a Alita po prostu jednym słowem wymiata. Różnorodność cyborgów panująca w tym świecie jest dobrze ujęta. James Cameron z całą pewnością doskonale wiedział jak wywarzyć wszystko pisząc scenariusz, a oddając realizacje w ręce Robert Rodrigueza. Mogę powiedzieć, że ten duet świetnie się sprawdził.

Alita: Battle of Angel jest dobrze obsadzonym aktorsko filmem na ekranie zobaczymy Mahershala Ali w roli Vectora. Jennifer Connelly, która wciela się w Chiren i gra byłą żonę Dr. Ido. Zapan (Ed Skrein) świetna rola, a zarazem postać. Keean Johnson wcielił się w postać Hugo, który pokaże Alicie jak wygląda życie w mieście złomu. Tytułowa bohaterka Alita (Rosa Salazar), młoda czarująca i umiejąca skopać tyłek nie jednemu cyborgowi.
Aktorsko nie ma słabych punktów są tylko aktorzy którzy nie wykorzystali pełnego potencjału swoich postaci. Mam tutaj na myśli Christopha Waltza, ale myślę, że w kolejnej części o ile powstanie zabłyśnie.
Jennifer Connelly również zbyt dużo na ekranie nie pokazała, ale to już wynikało z jej dość ważnej, ale epizodycznej roli.

Uważam, że jest to film, który trzeba zobaczyć na dużym ekranie. Daje bardzo dużo rozrywki i zachwyca efektami specjalnymi. Fabularnie nie jest wszak cudownie jednak na tyle poprawnie i dobrze, że warto zanurzyć się w świat XXVI wieku. Seansu 3D w zasadzie nie polecam nie ma tylu scen 3D żeby potęgowały odbiór filmu. Mam nadzieje, że nie będę musiał czekać długo na dokończenie przygody Ality.

Ps. Mam nieodparte wrażenie, że dostaniemy wersje rozszerzoną na Blu-Ray.
Ps. Alita mogłaby być świetnym serialem z rozwinięciem pobocznych wątków i całego uniwersum. 10 odcinków po 60 min co to byłaby za uczta!