Biochemik Michael Morbius próbuje wyleczyć się z rzadkiej choroby krwi, ale zamiast tego niechcący zaraża się rodzajem wampiryzmu. Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za wyleczenie się z rzadkiej choroby krwi.
Obsada: Adria Arjona, Jared Harris, J.K. Simmons, Jared Leto, Matt Smith, Michael Keaton, Tyrese Gibson, Ria Fend, Charlie Shotwell
Film opowiada historię Natashy Romanoff / Czarnej Wdowy, która po wydarzeniach z filmu Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów zmuszona jest do walki ze złoczyńcą nazywanym Taskmaster. Sam zwiastun zapowiada film z dużym rozmachem i wieloma scenami akcji.
Obsada: Scarlett Johansson, Florence Pugh, David Harbour (Red Guardian), Rachel Weisz, Robert Downey Jr.
Spider-Man: Daleko od domu jest prawdopodobnie jednym z najlepszych odsłon, jakie powstały o pajączku. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, a w trakcje recenzji postaram się wytłumaczyć bez spoilerowo czemu tak uważam. Jeśli nie wdziałeś Avengers: Koniec Gry nie czytaj dalej, ponieważ zawiera spoilery również z tego filmu.
Wszyscy wiemy jak skończył się film “Koniec Gry”, który to nie kończył fazy trzeciej, a zakańcza ją właśnie pajączek. Spider-Man: Daleko od domu jest zupełnie innym filmem i nie jest to film przede wszystkim smutny. Oczywiście znajdują się tam pewne sceny, które mogą wywołać w osobach o miękkim sercu pewne szklenie się oczu. Ale to tylko drobne momenty, które przypominają nam poświęcenie Tonego.
Wiele osób spekulowało przed seansem, że to własnie Spider-Man zostanie następcą Iron Mana czy nowa przygoda w europie to potwierdza? Hmm jest to bardzo ciężko stwierdzić, ponieważ według mnie jest to nie rozstrzygnięta jeszcze kwestia. Jest nawet w dużej mierze o tym wątek jednak szczegółów ujawić nie mogę bo pewnie dopiero się wybieracie do kina.
Głównym wątkiem jest Misterio, w którego wciela się Jake Gyllenhaal. Nowa postać przybywa na ziemie, gdyż jego ziemia została zniszczona przez żywiołaki. Misterio sugeruje, iż żywiołaki potrafią przemieszczać się między wymiarami to i naszej rodzimej ziemi zagraża niebezpieczeństwo. Zagrożenie jest na tyle duże, iż wymagałoby interwencji Avengersów jednak jak wiemy z poprzedniego filmu są w tym momencie “niedostępni” lub poza ziemią. Więc nie pozostaje nic innego jak połączyć siły z nowym przybyszem i uratować ziemie.
Nie zdradzając wam szczegółów napiszę, że po raz kolejny to, co widz widzi w zwiastunach nie dokońca pokazuje to co będzie w fabule. Jest to naprawdę świetny zabieg! Ponieważ zwiastun niczego nie zdradza i pozwala doskonale bawić się na seansie. Zwrotów akcji w fabule jest kilka. Napisze to szczerze dałem się wywieźć w pole jak małe dziecko i to nie jeden raz. Dawno żaden film tego mi nie zrobił. A być może to zasługa, iż nie czytałem żadnych wieści czy komentarzy zagorzałych fanów pod zwiastunami.
Wracając do fabuły, można ją podzielić na dwa etapy. Pierwszy etap kończy się zaskakująco szybko i odnosi się wrażenie, że to koniec filmu… Aż wjeżdża piękny twist i impreza tak naprawdę dopiero się rozkręca. Aktorsko dla mnie super zarówno Tom Holand jak i Jake Gyllenhaal było czuć między nimi chemie na ekranie od pierwszego kadru. Rozczarowanie natomiast według mnie nadąsana MJ grana przez Zendaya. Totalnie mi w tym filmie jej zachowania emocjonalne nie pasowały. Została odmieniona względem pierwszej części i to jednak wyszło słabo. Wątek miłosny hmm no musiał być, ale jest on inny niż w poprzednich edycjach Spider-mana. Można uznać to na plus bo nie są powielane te same schamety, a czuć że ogląda się inną historie.
Zdecydowanie na plus wykorzystanie czarnego kostiumu przez Spider-Mana i totalne odcięcie się od poprzednich edycji. Winszuje pomysłu! Przed seansem właśnie to mnie nurtowało czy, aby znowu nie zobaczymy odgrzanego fabularnie kotleta.
Pewnie wielu z was zastanawia się, czy Spier-Man: Dalego od domu zamyka trzecią fazę. I tak i nie. Przejście między fazami będzie miękkie tak jak to miało miejsce w poprzednich fazach. Niestety nadal jest dużo pytań co nastąpi w czwartej fazie? A pajączek na te pytania nie dopowiada.
Sceny po napisach są dwie więc warto zostać po napisach do samego końca. Bo tam czeka na was jeszcze jeden twist, którego byście się nie spodziewali. Pierwsza scena tyczy się samego filmu i dużo miesza w życiu Pitera Parkera. Druga jest związana z kolejną fazą uniwersum, jednak na próżno szukać tam konkretów. Po raz kolejny te dwie sceny pokazały, że Marvel ma jeszcze nie jednego asa w rękawie i potrafi nadal zaskakiwać.
Chciałbym więcej napisać o minusach, ale musiałbym zdradzić istotne fakty z fabuły. Są w moim odczuciu sceny zbyt przesadzone i przez to film traci na realizmie. Dodatkowo zachowanie Pitera też może budzić pewne zaskoczenie, a jego naiwność przechodzi ludzkie pojęcie. Szkoda, że nie zobaczyliśmy Pepper Potts, ponieważ z całą pewnością jej udział dużo by wniósł w sam film. Jednak mimo tych wad film ogląda się bardzo dobrze. A nowy Spider-Man: Daleko od domu oferuje widzowi wiele rozrywki. Tom Holland idealnie wpisuje się w rolę o pajęczaku.
Naturalną rzeczą jest, że zostaje oznaczony “Warto obejrzeć”, a dla fanów komiksów jest “Musisz zobaczyć!” Zdecydowanie polecam wybrać się do kina. Po prostu nie zawiedziesz się na nowym Spider-Manie. Jest to prawdopodobnie jedna z najlepszych odsłon pajączka, jakie do tej pory zostały wyprodukowane.
Ps. Szkoda mi tej postaci z którą się żegnamy w tym filmie.
Nowy film braci Russo jest zaskakującą emocjonalny jak na film o postaciach superbohaterskich. Nie wierzę, jeśli ktoś powie, że ten film nie ścisnął go za gardło! Oczywiście jest tutaj warunek obserwował przygody od Iron Mana (2008).
III Faza Marvela praktycznie się skończyła został nam jeden film “Spider-man Daleko od domu”. Być może ostatni film ujawni nam nowego antagonistę, ponieważ w Avengers Koniec gry nie ujrzysz żadnej sceny po napisach. Jest to pierwszy film w ciągu 10 lat, gdy tej sceny nie ma i muszę powiedzieć, że czuje lekki zawód. Był to znak rozpoznawczy Marvela ,a bracia Russo lub ktoś inny postanowił zrezygnować z tego zabiegu. Z jednej strony mogę to zrozumieć, ale z drugiej pozostawia nas zupełnie bez odpowiedzi co dalej… co dalej.
A:Koniec Gry kończy z całą pewnością pewną epokę i nie tylko III fazę. Przyjdzie Ci się zmierzyć i pożegnać z niektórymi postaciami. To pożegnanie nie będzie łatwe do przełknięcia. Wszyscy gdzieś podświadomie to wiedzieliśmy, iż nastąpi taki dzień, gdzie sami aktorzy będą chcieli iść dalej, a historia Avengersów będzie musiała ulec przekształceniu z obecnego stanu, do którego byliśmy tak przyzwyczajeni.
Po raz kolejny emocje i jeszcze raz emocje tego w filmie jest bardzo dużo. Wiemy jak skończyła się “Wojna bez granic” i tutaj nasi ulubieni bohaterowie będą mierzyć się z traumą po tych wydarzeniach. Na całe szczęście nie jest to element nudny, a dopełniający cała historie. Aczkolwiek mam wrażenie, iż poświęcony czas na rozpacz po utracie bliskich balansował na granicy. Kilka minut więcej i wydźwięk tego aktu byłby zupełnie inni.
Pożegnań jest wiele w filmie towarzyszą temu duże emocje jednak nie wszystko się udało zobrazować z przesłaniem. I tutaj znowu nie mogę napisać, bo zdradziłbym zbyt dużo. Wybaczcie.
Aktorsko jest na poziomie, ale do tego zdążył nas już przyzwyczaić Marvel. Czas ekranowy dla poszczególnych bohaterów nie jest rozłożony równomiernie i niektórzy dostają go więcej, a dla innych po prostu może brało czasu. Więcej Kapitan Marvel na pewno by nie zaszkodziło. 3 godziny to dużo i mało na taki rozmiar widowiska i ilość bohaterów w jednym filmie. Nawet gdyby wcisnąć 30 min więcej każdy widz byłby wdzięczny i dałby radę wysiedzieć.
Trochę mam mieszane odczucia związane z humorem, bo występuje on w filmie i to w całkiem dużej dawce. Nie jest to humor wymuszony, a lekki i przyjemnym. Na chwilę można zapomnieć, o jaką stawkę toczy się walką.
Główny zamysł fabularny jak odkręcić to, co uczynił Thanos przy pomocy kamieni mocy i pstryknięciem nie został według mnie do końca przemyślany. Ponieważ pomysł i następstwa wynikające z odwrócenia zaistniałego stanu rzeczy i przywrócenia go pierwotnego stanu może wydawać się zbyt prosty. Podczas seansu nie zwracamy uwagi na wiele, bo sceny zmieniają się szybko i fabuła gna do przodu. Jednak po seansie człowiek zadaje sobie pytania, czy całość składa się w logiczną całość i czy czasem nie popełniono błędów. W końcu to film na podstawie komiksu i wiele rzeczy nie musi być logicznych i wiele jesteśmy w stanie wybaczyć. Poprzednie części Avengersów trzymały pewną logikę. W tym momencie bardzo ciężko jest napisać bez zdradzania elementów fabuły co mam na myśli oraz jakie rzeczy budzą moje wątpliwości. (O tym można podyskutować w komentarzach ukrywając je, aby nie psuć widowiska innym.)
Przechodząc do tego, co wszyscy lubimy, czyli akcja oraz walki jest ich umiarkowanie średnio, a finałowa walka według mnie, mimo że jest z rozmachem trwa stanowczo za krótko! Odniosłem wrażenie, że w “Wojna bez granic ” ten element trwał znacznie dłużej i był lepiej rozłożony w czasie. Ale podkreślę, iż ten moment gdzie (…) zapamiętacie na długo! W pewnym sensie jest “epicki” i jest to WOW, na które czekałeś tak długo.
Porównując A:Wojna bez granic, a A:Koniec gry dochodzę do wniosku, że są one zbliżone. Jednak różni ich rozkład emocji i akcji. A jestem świeżo po seansie obu filmów.
Film starał się uchwycić wszystko co do tej pory działo się w uniwersum i domyka historię kamieni mocy. Jest to pewien rodzaju hołd dla aktorów związanych z tym uniwersum. Wyszło bardzo dobrze, ale nie mogę użyć słowa, że cały film jest EPICKI. Na pewno wiele nie brakuje do epickości, ale jednak brakło. Uważam film za bardzo dobry i tyle.
Podejrzewam, że w tym roku nic nie przebije Avengers Koniec gry oznaczam jako “Film roku” i “Musisz zobaczyć”. Zachęcam wybrać się na seans i zobaczyć to widowisko na dużym ekranie.
Jako całość “Avengers: Wojna bez granic” oraz “Avengers: Koniec gry” oceniam 10/10.
Kiedy myślisz, że w grze biorą udział tylko duzi chłopcy, a tu nagle pojawia się ona i już wiesz jak bardzo się myliłeś. Kapitan Marvel aka Carol Denvers zyskuje swoje moce całkiem przez przypadek. Chęć poznania zapomnianej przeszłości sprawia, że odkrywa się zupełnie na nowo.
Wszyscy mieli duże obawy jak wypadnie Brie Larson w roli tytułowej Kapitan Marvel i cóż mogę napisać odrobiła lekcje i wypada wyśmienicie. Jest zuchwała postacią przez co odrazu można ją polubić. Stara się być zabawna, aczkolwiek nie zawsze jej to wychodzi. Przez to, że nie pamięta swojego poprzedniego życia czuje się niepełna i dręczy ją to mentalnie.
Kapinal Mavel to kolejny film z serii oryginalnej historii nowego bohatera. Nie jest to historia jak poprzednie, ponieważ wnosi ze sobą sporą historie Nicka Fury. (Samuel L. Jackson). Więc dostaliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. Jeszcze w żadnym filmie nie było tyle Nicka Fury co w Kapitan Marvel.
Całe widowisko dzieje się na przestrzeni lat 90, o czym przypomina nam po raz kolejny dobrze dobrana muzyka. Powoli staje się to znakiem rozpoznawczym w produkcjach Marvela.
Fabułą nie jest nad wyraz skomplikowana. Verr będzie przez większość filmu szukać swojego poprzedniego życia. Miłym akcentem jest powrót agenta Coulsona (Clark Gregg) oraz zwroty akcji i prawda o Kree. Całość jest utrzymana w takim ciepłym bardzo przyjaznym klimacie. Tempo akcji jest nadwyraz bardzo wysokie.
Kilka słów o CGI, które wydaje mi się, że gdzieniegdzie mogło wyglądać ociupinkę lepiej w szczególność rendery twarzy Carol. Nie jest to coś co kuje w oczy, ale jest.
Kapitan Marvel wydaje się nie mieć sobie równych. Jednym słowem to, co zobaczysz na ekranie sprawi Cię w zdumienie. Carol posiada w sobie bardzo duży potencjał i z całą pewnością w swoim pierwszym filmie nie ujawniła swojego całego potencjału.
Nie będziesz pewnie zaskoczony jak napiszę, że Kapitan Marvel jest łącznikiem z nadchodzącym filmem Avengers: End Game. Nie chce za dużo napisać, ale uważam, iż Kapitan Marvel powinna być wcześniej zaprezentowana, ponieważ mamy lukę 30-letnią. I przede wszystkim nie mamy zielonego pojęcia co się działo z Kapitan Marvel przez ten cały okres.
Obsada jest dobra w szczególności po stronie Kree, gdzie ujrzysz Jude Law , Gemma Chan czy Djimon Hounsou. W zasadzie, gdybyśmy ujrzeli ich w osobnym filmie o rasie Kree to byłoby to mega uzupełnieniem.
Polecam kino i z całym przekonaniem będziesz się dobrze bawił lub bawiła. Jest przyjemnie i z przytupem. Nie ma niedomkniętych wątków, więc i historia jest całą.
Są dwie sceny po napisać, pierwsza nawiązuje do Avengers End Game, a druga po całych napisach końcowych do Tesseraku.
To pozostało już czekać na finalną rozgrywkę w Avengers: End Game ( Avengers: Koniec gry) kolejna premiera, której nie wolno przegapić.
Trochę miało tego Venom’a w tym Venom’ie. Sony nie do końca poradziło sobie z origin story w kooperacji z Marvel’em. Odniosłem wrażenie, że tu trochę ciągło do mrocznego Venom’a, a trochę w stronę Marvel’owskiego.
Czemu, czemu Netflix’ie nie zrobiłeś tego jak należy od początku! Drugi sezon to zmiana o całe dziewięćdziesiąt stopni i to w pozytywną stronę. Każdy odcinek, ale to każdy ogląda się z przyjemnością i nie ma mowy o nudzie.
Nowa produkcja spod znaku Marvela to zakończenie pewnego etapu i podsumowanie Avengers Wojna Bez Granic. Każdy fan raczej się zastanawiał co się stało z Ant-Man’en i gdzie się podziewa, gdy toczy się wojna o największym znaczeniu dla wszechświata.
Scott Lang (Paul Rudd) jako Ant-Man nadal jest roztrzepanym facetem, który kocha ponad wszystko swoją córkę oraz podkochuje się w Hope co widać w każdej ze scen gdzie są razem. Ant-Man w tej części jest zdecydowanie lepsza wersja siebie niż w części pierwszej ująłbym to jako Ant-Man v2.0.
Na ekranie bardzo dobrze się ogląda w akcji Hope (Evangeline Lily), jak i Ghost graną przez (Hannah John-Kamen). Obie panie doskonale sobie radzą w scenach akcji, gdzie trzeba wykazać się sztuka akrobatyczną. Bardzo udana, krotka, bo krotka rola matki Hope (Michelle Pfeiffer) za to doskonale udało się jej się zatopić w świat komiksowych bohaterów. Mąż Dr. Pym (Michael Duglas) nie zawodzi w końcu to aktor o ogromnym doświadczeniu.
Koniecznie muszę zwrócić uwagę jeszcze na Luisa (Michael Pena), który w wydaniu Marvela świetnie operuje humorem i scenki z nim to kawal dobrej roboty. Z cala pewnością odnalazł się w filmie Ant-Man i Osa.
Druga część jest definitywnie lepsza niż pierwsza odsłona przede wszystkim jest dużo ciekawsza. Mamy tajemniczą postać Ghost, mamy dawnych współpracowników Dr. Pyma i oczywiście równie ważny wątek z Osą. Wszystko to układa się w całość, a przekaz historii jest bardzo jasny dla fana. Cały film ogląda się wyjątkowo dobrze i jest to idealny przerywnik przed kolejną odsłoną Avengersów, który domyka całość historii do chwili wymazania. Jest dużo humoru i nie jest on wymuszony co jest na duży plus, a to w większość zasługa wspomnianego wyżej Michaela Pena. O efekty specjalne nie musisz się martwić, bo są na najwyższym poziomie. Obsada jako całość zagrała jak trybiki w zegarku idealnie dostosowując się do obecnej sytuacji w całym uniwersum. Marvel miał bardzo ciężkie zadanie, aby opowiedzieć dobrze historie, gdzie wszyscy mają jeszcze świeży obraz w pamięci i wydarzenia z Avengersów.
W Ant-Man i Osa jest wszystko za co tak uwielbiamy Marvela mimo, że te historie zbytnio od siebie się nie różnią. To jednak każdy idzie do kina podekscytowany i w głowie ma tylko co wydarzy się dalej. Marvel potrafi opowiedzieć historie z rozsypanych puzzli i ułożyć to w cały szeroki kolorowy komiksowy obraz. Nie wiem jak oni to robią, ale robią to doskonale!
Ant-Man i Osa to idealna rozrywka czy to w weekend, czy w tygodniu. W filmie znajdziemy jak nas do tego przyzwyczaił Marvel dwie sceny po napisach. Jedna jest zdecydowanie warta uwagi i jest to pierwsza scena zaraz po wstępnych napisach. Na drugą trzeba czekać do samego końca i ona nie wnosi zbyt wiele, chociaż można by tutaj wysnuć pewną teorię. Koniecznie zostań na tą pierwszą i zwróć uwagę co mówi Janet do Scotta.
Nie spodziewałem się, że to napiszę, ale drugi sezon Luke Cage jest tak nudny, że ciężko było mi przebrnąć do samego końca. 13 odcinków, które oferuję nam Marvel przy współpracy z Netflix tak na dobrą sprawę jest tylko kilka godnych uwagi widza.
Cały sezon jest tak przegadany, że aż do bólu.. Sceny walki z początkowych odcinków są na niskim poziomie i bardzo drętwe. Odnosiłem wrażenie, że osoba za choreografie walk to przespała cały ten sezon. Jedyny pozytywny akcent to gdy w serialu gościnnie pojawia się Danny Rand (odcinek 10) i wraz z Lukiem likwidują magazyn gdzie Jamajczycy hodują “Nightshade” tam walki są pomysłowe i efektowne, a przynajmniej milsze dla oka.
Cały rozwój postaci Luka jakby utknął w miejscu i można wyczuć niemoc jego samego. Niby kuloodporny, a średnio może coś sam zdziałać w Harlemie. A sama końcówka i jego enigmatyczna przemiana jest zdecydowanie zbyt późno wprowadzona. To byłoby dobrym tematem na drugi sezon, a nie trzeci.
Wałkowanie przez cały sezon historii Mariah Dillard i Bushmastera jest najzwyczajniej nudne. W końcu to serial o Luku co zresztą sam wspomina w jednym z odcinków ‘”to moje show”. Nie będę was oszukiwał, mnie osobiście strasznie ten sezon rozczarował. Nawet wprowadzenie Bushmastera i kilku walk stoczonych z Luke nie poprawia całego obrazu.
Gdy postać Luka stoi w miejscu tuż obok rozwija nam się Misty i jest ona w tym sezonie jasną gwiazdą! Dużo dostajemy też Hernana “Shades”, który, mimo że jest gangsterem to zachowuje honor i respektuje prawa ulicy. Te dwie postacie zdecydowanie się wyróżniają na tle pozostałych w sezonie drugim. Reszta bez werwy przyćmiona po prostu średnio aktorsko. Mógłbym tutaj wyróżnić jeszcze Mariah Stokes Dillard, ale z odcinka na odcinek jej gra mnie nudziła. Kompletnym nieporumienieniem według mnie jest pozbycie się Clare po trzecim odcinku, bez niej serial dodatkowo blednie.
Harlem Paradise to klub, a jak klub to muzyka i tej w Luku Cage nie brakuje. Ale jeśli w serialu dostajesz 90 – 120 sekund muzyki to zaczynasz się zastanawiać o co chodzi. Stanowczo te przerywniki były za długie i wybijały z rytmu i tak ślimaczego tempa serialu.
Dwa odcinki nogę wyróżnić 10-ty oraz 13-ty dzieje się tam zdecydowanie najwięcej i oba mają fajną dynamikę. Zamiast serialu akcji dostaliśmy tym razem sensacyjny gdzie dialogi to 99% serialu. W tym momencie to najgorzej prezentujący się serial Netflixowo-Marvelowy. Ten sezon jest ciężki, długi, nudny gratuluje każdemu kto dał radę przebrnąć.
Czarna Pantera to taki “Król Lew”, ale po Marvelowsku. Piękne malownicze widoki, ciepłe zachody słońca, fantastyczna technologia wyprzedzająca swoje czasy.